Clarie...
Nie mogłam spać, nie mogłam myśleć, nie mogłam racjonalnie postępować. Gdzieś na końcu głowy miałam cały czas to,że źle postąpiłam w czasie rozmowy z Kaylą. Ona go kochała, nie mogłam tego zmienić. Evan miał rację, a ja nie miałam na nią już wpływu. Teraz tylko Will miał na nią wpływ no i ona sama. To miała być jej decyzja, a ja nie miałam prawa jej namawiać. Evan mimo moich próśb nie zgodził się opuścić swojego stanowiska. Cały czas siedział przy łóżku i przyglądał mi się uważnie bez słowa. Usłyszałam jak otwierają się drzwi, a po chwili głos mamy.
-Boże... Clarie.- powiedziała patrząc na mnie bez większego wyrazu twarzy. Zaraz za kruchą i drobną kobietą wszedł dobrze zbudowany mężczyzna. Evan wstał i wycofał się udostępniając miejsce mojej mamie.- Rozmawialiśmy z lekarzem. Tak nam przykro słońce.- powiedziała mama dotykając dłonią mojego czoła. Robiła tak od kiedy tylko pamiętam.
- Daj spokój mamo. Nie zmienisz niczego swoim gadaniem.- powiedziałam ściskając jej bladą dłoń. Dobrze, że karnację odziedziczyłam po tacie.
- Właśnie. Podobno maja dla ciebie szpik, więc wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.- gdy tylko tata skończył mówić zadzwonił jego telefon. mogłam się spodziewać, że ta rodzinna atmosfera nie potrwa długo. Wątpiłam nawet w to, że się zjawią, a jednak przyjechali. Spojrzałam na Victora i Evana stojących za szklaną szybą. Przyglądali się wszystkiemu z korytarza. Rudy jak zwykle uśmiechnięty. Dla niego wszystko miało jasne strony, a Evan. Powiem szczerze, że wyglądał okropnie, ale jego spojrzenie wszystko wynagradzało.
-Tak mają dla mnie szpik.- kiwnęłam głową na Evana, a mama powędrowała za mną wzrokiem i uśmiechnęła się do niego.- To Evan.- powiedziałam i poszukałam wzrokiem Kayle lub Willa. Nie było ich. To mi starczyło. Błagałam w myślach mamę by nie zaczynała rozmowy na jej temat. Uważała ją za córkę i sądziłam, że nadal trzymamy się razem. Oczywiście, było tak, ale teraz wszystko wyglądało inaczej niż wcześniej.
- Wydaje się miły i przystojny.- powiedziała mama puszczając mi oczko. Po chwili jej wzrok powędrował na moją głowę, która była owinięta chustką. Straciłam wszystkie włosy. Co do jednego. Wiedziałam, że odrosną, ale i tak było mi przykro.
- Mamo mogę pobyć sama? Chcę odpocząć.- powiedziałam wymuszając uśmiech. Kiedy kobieta chciała już wychodzić zatrzymałam ją.- A i jeszcze jedno... Nie chcę wracać do Angli. Chcę zostać tu. Mam tu pracę, Kayle, przyjaciół... Proszę mamo.- powiedziałam, ale nie oczekiwałam, że przystanie na tę propozycję.
-Porozmawiamy jak będzie po operacji. Teraz śpij. Zostało jeszcze tylko kilka godzin.- powiedziała opuszczając salę. Kiedy byłam już sama obróciłam się tyłem do szyby przez którą patrzyli chłopcy i zalazłam się łzami. Starałam się poruszać klatką piersiową w miarę odpowiednim tempie, ale emocje wzięły górę. Długo nie wytrzymałam cichego łkania i po chwili zaczęłam szlochać. Miałam osiemnaście lat, przyjaciół, brata, wszystkich blisko. Pierwszy raz od dziesięciu lat rodzice byli zainteresowani mną, ale nie cieszyło mnie to. Chciałam być sama. Miałam pięćdziesiąt procent szans, że operacja się powiedzie. Mogło nie wyjść, mogła dalej konać z bólu. Nagle poczułam coś nowego. Chęć wstania, ruszenia na własnych nogach, ale wiedziałam, że już nigdy tego nie zrobię. Usiadłam i podciągnęłam się, ale kiedy chciałam podciągnąć nogi pod brodę... Tego nie mogłam już zrobić. Zacisnęłam dłonie w pięści i opadłam zrezygnowana na poduszkę, pozwalając wypłynąć łzom. Spojrzałam jeszcze raz na miejsce gdzie wcześniej stali chłopcy. Teraz stał tam Will. Patrzył na mnie jakby... Jakby nagle coś się zmieniło. Przywołałam go gestem dłoni, ale ani drgnął. Posłałam mu uśmiech. Chciałam żeby wszedł. Musiałam z nim porozmawiać. Po chwili chłopak stał w drzwiach. Szatyn nie wyglądał najlepiej, ale w porównaniu do Evana było z nim nieźle.
-Usiądziesz?- spytałam patrząc na niego, ale szatyn ani drgnął wiec kontynuowałam.- Przepraszam. Nie umiem ci zaufać... Nie umiałam, ale skoro Kayla kocha cię to nie mam prawa cokolwiek robić przeciwko temu. Tylko proszę dbaj o nią. Zaprowadź ją na jakaś terapią, pomóż jej.- powiedziałam patrząc w okno. Wzięłam głęboki wdech i usłyszałam kroki chłopaka, a po chwili jak siada na krześle gdzie przeważnie siedział Evan.
- Nie skrzywdzę jej. Wiem, że po tym co zrobiłem jest ci w to ciężko uwierzyć, ale ją kocham.- uśmiechnęłam się pod nosem i posłałam mu blady uśmiech.
-Możesz ze mną posiedzieć? Nie chcę być sama, ale nie chcę też towarzystwa rodziców. Oni są blisko jak dzieje się coś złego, ale tak... Nie wiem czy mogę nazwać ich rodzicami.- powiedziałam spuszczając wzrok. Zauważyłam jeszcze jak chłopak przytaknął, a potem zapadła grobowa cisza.
-Will... Czemu nie pogodzisz się z Evanem? Czemu nie możecie być zgodni? Kiedyś byliście. Byliście przyjaciółmi.- powiedziałam w końcu nie mogąc powstrzymać napływających mi na język pytań.
- Nie wiem... Tak już jest. Jesteśmy wrogami, a każdy z nas ma swój honor. On ma mi za złe Monic, a ja... A ja po prostu jej nie kochałem. Gdybym wiedział, że to doprowadzi do jej śmierci nigdy bym nie odebrał mu jej. Wiem, że Evan jest strasznie uczuciowy. Zakochuje się praktycznie od pierwszego wejrzenia.- nagle dłoń chłopaka ujęła moją. Nie wiedziałam jak mam zareagować, ale nim udało mi się coś zrobić poczułam ból. Ten sam co ostatnio nawiedza mnie co krok. W podbrzuszu. Wrzasnęłam z bólu i z przyzwyczajenia wbiłam swoje paznokcie w dłoń Willa. Potrzebowałam teraz kogokolwiek. Spojrzałam w szybę i zobaczyłam Kaylę. Zaraz jednak moje oczy zamknęły się, a ja czułam tylko ten okropny ból.
-Clarie spokojnie.- usłyszałam kojący głos Willa. Potrzebowałam Evana. Potrzebowałam jego dotyku, ciepła. Will nim nie był, nie zastąpi mi go teraz. Krzyknęłam z bólu po raz kolejne i usłyszałam głośne rozmowy. To lekarze naradzali się co zrobić. Ktoś, coś mi wstrzyknął, ale nie podziałało. Kazali wyjść Willowi, ale ja nadal trzymałam jego dłoń w szczelnym uścisku. Jeśli nie było Evana, musiałam mieć chociaż Willa.
-Morfina nie działa...- udało mi się usłyszeć głos jednego z lekarzy.- Zabierzcie go stąd! Musimy operować! Przygotować szpik! Natychmiast!- usłyszałam krzyk i poczułam jak ktoś wyrywa mi dłoń szatyna. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam. Spojrzałam za szybę i zobaczyłam jak Will przytula do siebie Kayle. Dziewczyna przykładała czoło do szkła, a z jej policzków ciekły łzy. Kolejny zastrzyk, kolejne ukłucie, kolejny krzyk. Jeszcze raz spojrzałam na szybę. Evan. Stał z rękoma przyklejonymi do niej, a po jego policzkach ciekły łzy. Spojrzałam na Kayle znacząco każąc jej wypełnić moje prośby, a potem odpłynęłam w sen.
Oczyma Evana:
Nie mogłem na to patrzeć. Chciałem tam wbiec i jej pomóc. Dać jej moją dłoń, ale nie mogłem. Szpik oddałem, leżał w jakiejś wielkiej lodówce i czekał na odpowiedni moment. To trwało za długo. Ona cały czas cierpiała, a lekarze tylko stali. Wiła się z bólu na łóżku i krzyczała w niebo głosy, a oni nic nie robili tylko stali i patrzyli. Kiedy tylko z sali wyszedł jakiś lekarz od razu do niego podbiegłem. Złapałem go za fartuch i przygniotłem do ściany.
-Ratujcie ją! Ona umiera!- krzyknąłem mu w twarz, a po chwili Will mnie od niego odciągnął. - Ulżyjcie jej... Nie pozwólcie jej odejść. Ona musi żyć!- krzyknąłem i podszedłem z powrotem do szyby. Nadal płakała i cierpiała. Wyrwali jej Willa, a ona nie miała we mnie oparcia. Chciałem tam być z nią. - Jeśli ona umrze... Ja też.- powiedziałem nie odrywając wzroku od dziewczyny, która teraz już zasypiała.
_____
Od Akwamaryn: Kolejny długi z mojej strony. Nie zdradzam zakończenia. Ono dopiero w epilogu Boddie. Kończymy tę historię. Mam nadzieję, że wam się podobało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz