Mikayla...
Podałam kubek gorącej czekolady Clarie, po czym przysiadłam obok.
Dziewczyna wydawała się całkowicie rozbita. Nie reagowała na nasze jakiekolwiek słowa i czyny. Wpatrywała się tylko w okno, od czasu do czasu odgarniając włosy. Nie pozwalała się pocałować Evanowi - odpychała go, ciaśniej otulając się kocem. Pół godziny po przebudzeniu spędziła płacząc w ramionach Victora, po czym jakby stępiała. Puściła go i spoglądając w okno, siedziała tak resztę wieczoru.
Kubek wzięła do ręki, nawet na mnie nie patrząc. Spróbowałam pogłaskać ją po włosach, lecz uchyliła się przed moją dłonią. Westchnęłam, pocierając twarz. Zegar wybił 24. Clarie drgnęła lekko na dźwięk tykania.
- Clarie.. - zaczęłam. - Proszę, odezwij się. Spójrz na mnie. Cokolwiek.
Nic.
Zamknęłam oczy, wsłuchując się w odgłos wydawany przez zegar. Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Uśmiechnęłam się przebiegle, wstając.
- No cóż... Skoro nie ty, Will mi to wszystko wyjaśni - powiedziałam, przybierając obojętny ton.
Już ruszyłam w stronę wyjścia, gdy poczułam na moim nadgarstku zimną dłoń Clarie. Zmusiła mnie bym ponownie usiadła. Miała zadziwiająco dużo siły. Strach i wściekłość nakręcały ją, powodując u niej znacznie zwiększenie sił.
Dziewczyna pokręciła głową, nie odrywając spojrzenia od okna.
- Poszłam na bieżnię, by się uspokoić - zaczęła powoli opowiadać. - Zobaczyłam chłopców...Ćpali. Nagle jeden z nich odwrócił się w moją stronę. Rozpoznałam w nim Willa. Ćpał. Byłam zła, bardzo zła. Zbiegłam z trybun i popchnęłam go. - Mówiła coraz szybciej, nie nadążałam już za jej słowami. - Jeden z nich mnie złapał za ramiona, kopnęłam go w krocze i zaczęłam uciekać. Dogonili nie, uderzyli w żołądek, upadłam. Rozległ się ryk syreny policyjnej. Will przełożył mnie sobie przez ramię i zaczął uciekać. - Ostatnie słowo wyszeptała. - Ciemność.
Broda po raz kolejny jej zadrżała. Przytuliłam ją mocno, oddychając płytko. W głowie kołatało mi jedno słowo, jedno imię.
Will!
Ten dupek, sukinsyn, ten skurwiel...
- Mikayla... - usłyszałam cichy głos przyjaciółki. Rozluźniłam uścisk, patrząc jej w twarz. - Obiecaj mi..Obiecaj, że więcej do niego nie pójdziesz. Na treningi będzie chodził z tobą Evan albo Victor. Obiecaj...
Wzięłam głęboki oddech i kiwnęłam głową.
- Obiecuje.
Clarie uśmiechnęła się słabo, opadając na poduszki.
- Dobranoc, Mikayla...
Odwzajemniłam uśmiech, całując ją w czoło.
- Dobranoc, Clarie - odparłam cicho.
Gdy tylko powieki przyjaciółki opadły, zerwałam się z miejsca, kierując w stronę drzwi. Zabije go, zabiję sukinsyna... Jak śmiał, jak mógł?! Wcisnęłam buty na nogi i już sięgałam do klamki, kiedy poczułam szarpnięcie.
- Gdzie idziesz? - zapytał Evan, trzymając mój nadgarstek.
Westchnęłam. Nie miałam szans mu się wyrwać. Nie byłam na tyle silna. Skłamać? I tak wiedział.
Wzruszyłam ramionami.
- Idę z tobą - rzekł chłopak, ubierając buty.
- Co?! Nie ma mowy! To moja sprawa! - wykrzyknęłam, lecz przypominając sobie o śpiące przyjaciółce, zniżyłam głos. - Muszę to załatwić sama. Masz tu zostać, zostać przy Clarie!
Evan prychnął.
- Myślisz, że zdołasz mnie powstrzymać?
Zmrużyłam oczy, wystawiając wyzywająco podbródek.
- Mam do niego numer, mogę zadzwonić i powiedzieć mu, że jedziesz - rzuciłam.
Evan spojrzał na mnie zszokowany, po czym wysyczał:
- Nie zrobisz tego...
Wzruszyłam ramionami, wyjmując komórkę i potrząsając nią lekko.
- Pójdę albo ja, albo nikt.
Evan spojrzał na mnie z wściekłością. Wyglądał jakby zaraz miał mnie uderzyć. Dłonie zacisnął w pięści, mierząc mnie spojrzeniem. Oddychał płytko i gdyby nie Clarie, na pewno zaatakowałby.
Blondynka stanęła w drzwiach i patrząc na mnie z wyrzutem, zwróciła się do Evana.
- Chodź.. Nie warto. Wybrała. Woli iść do niego, niech idzie. Nie zatrzymuj jej. Kiedyś się przekona.
Brunet jeszcze przez chwilę mierzył mnie wzrokiem, aż wreszcie westchnął i obejmując Clarie, rzucił przez ramię.
- Nie chciałem tylko, żebyś cierpiała. Nie zdajesz sobie sprawy do czego zdolny jest Will.
Zrobiłam krok w ich kierunku, lecz natychmiast się powstrzymałam. Zagrzałam wargę, powstrzymując łzy. Clarie... Miałam ochotę pobiegnąć za nią, przeprosić, wytłumaczyć... Ale nie mogłam. Teraz liczył się Will. Odwróciłam się na pięcie, trzaskając drzwiami.
Dziewczyna wydawała się całkowicie rozbita. Nie reagowała na nasze jakiekolwiek słowa i czyny. Wpatrywała się tylko w okno, od czasu do czasu odgarniając włosy. Nie pozwalała się pocałować Evanowi - odpychała go, ciaśniej otulając się kocem. Pół godziny po przebudzeniu spędziła płacząc w ramionach Victora, po czym jakby stępiała. Puściła go i spoglądając w okno, siedziała tak resztę wieczoru.
Kubek wzięła do ręki, nawet na mnie nie patrząc. Spróbowałam pogłaskać ją po włosach, lecz uchyliła się przed moją dłonią. Westchnęłam, pocierając twarz. Zegar wybił 24. Clarie drgnęła lekko na dźwięk tykania.
- Clarie.. - zaczęłam. - Proszę, odezwij się. Spójrz na mnie. Cokolwiek.
Nic.
Zamknęłam oczy, wsłuchując się w odgłos wydawany przez zegar. Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Uśmiechnęłam się przebiegle, wstając.
- No cóż... Skoro nie ty, Will mi to wszystko wyjaśni - powiedziałam, przybierając obojętny ton.
Już ruszyłam w stronę wyjścia, gdy poczułam na moim nadgarstku zimną dłoń Clarie. Zmusiła mnie bym ponownie usiadła. Miała zadziwiająco dużo siły. Strach i wściekłość nakręcały ją, powodując u niej znacznie zwiększenie sił.
Dziewczyna pokręciła głową, nie odrywając spojrzenia od okna.
- Poszłam na bieżnię, by się uspokoić - zaczęła powoli opowiadać. - Zobaczyłam chłopców...Ćpali. Nagle jeden z nich odwrócił się w moją stronę. Rozpoznałam w nim Willa. Ćpał. Byłam zła, bardzo zła. Zbiegłam z trybun i popchnęłam go. - Mówiła coraz szybciej, nie nadążałam już za jej słowami. - Jeden z nich mnie złapał za ramiona, kopnęłam go w krocze i zaczęłam uciekać. Dogonili nie, uderzyli w żołądek, upadłam. Rozległ się ryk syreny policyjnej. Will przełożył mnie sobie przez ramię i zaczął uciekać. - Ostatnie słowo wyszeptała. - Ciemność.
Broda po raz kolejny jej zadrżała. Przytuliłam ją mocno, oddychając płytko. W głowie kołatało mi jedno słowo, jedno imię.
Will!
Ten dupek, sukinsyn, ten skurwiel...
- Mikayla... - usłyszałam cichy głos przyjaciółki. Rozluźniłam uścisk, patrząc jej w twarz. - Obiecaj mi..Obiecaj, że więcej do niego nie pójdziesz. Na treningi będzie chodził z tobą Evan albo Victor. Obiecaj...
Wzięłam głęboki oddech i kiwnęłam głową.
- Obiecuje.
Clarie uśmiechnęła się słabo, opadając na poduszki.
- Dobranoc, Mikayla...
Odwzajemniłam uśmiech, całując ją w czoło.
- Dobranoc, Clarie - odparłam cicho.
Gdy tylko powieki przyjaciółki opadły, zerwałam się z miejsca, kierując w stronę drzwi. Zabije go, zabiję sukinsyna... Jak śmiał, jak mógł?! Wcisnęłam buty na nogi i już sięgałam do klamki, kiedy poczułam szarpnięcie.
- Gdzie idziesz? - zapytał Evan, trzymając mój nadgarstek.
Westchnęłam. Nie miałam szans mu się wyrwać. Nie byłam na tyle silna. Skłamać? I tak wiedział.
Wzruszyłam ramionami.
- Idę z tobą - rzekł chłopak, ubierając buty.
- Co?! Nie ma mowy! To moja sprawa! - wykrzyknęłam, lecz przypominając sobie o śpiące przyjaciółce, zniżyłam głos. - Muszę to załatwić sama. Masz tu zostać, zostać przy Clarie!
Evan prychnął.
- Myślisz, że zdołasz mnie powstrzymać?
Zmrużyłam oczy, wystawiając wyzywająco podbródek.
- Mam do niego numer, mogę zadzwonić i powiedzieć mu, że jedziesz - rzuciłam.
Evan spojrzał na mnie zszokowany, po czym wysyczał:
- Nie zrobisz tego...
Wzruszyłam ramionami, wyjmując komórkę i potrząsając nią lekko.
- Pójdę albo ja, albo nikt.
Evan spojrzał na mnie z wściekłością. Wyglądał jakby zaraz miał mnie uderzyć. Dłonie zacisnął w pięści, mierząc mnie spojrzeniem. Oddychał płytko i gdyby nie Clarie, na pewno zaatakowałby.
Blondynka stanęła w drzwiach i patrząc na mnie z wyrzutem, zwróciła się do Evana.
- Chodź.. Nie warto. Wybrała. Woli iść do niego, niech idzie. Nie zatrzymuj jej. Kiedyś się przekona.
Brunet jeszcze przez chwilę mierzył mnie wzrokiem, aż wreszcie westchnął i obejmując Clarie, rzucił przez ramię.
- Nie chciałem tylko, żebyś cierpiała. Nie zdajesz sobie sprawy do czego zdolny jest Will.
Zrobiłam krok w ich kierunku, lecz natychmiast się powstrzymałam. Zagrzałam wargę, powstrzymując łzy. Clarie... Miałam ochotę pobiegnąć za nią, przeprosić, wytłumaczyć... Ale nie mogłam. Teraz liczył się Will. Odwróciłam się na pięcie, trzaskając drzwiami.
***
Stanęłam przed niedużym pubem w tej samej dzielnicy, gdzie pierwszy raz odnalazłam Willa. Andy oprócz starego domostwa polecił mi również ten bar - jako drugi z najczęściej odwiedzanych miejsc przez Willa. Nie miałam zamiaru wracać się do tamtego domu. Musiałam liczyć, że spotkam go właśnie tu.
Wzięłam głęboki oddech i starając się zachować tę samą odwagę co na początku, otworzyłam drzwi do pubu.
Rozglądnęłam się uważnie po pomieszczeniu. Drewniane stoliki i ławy sprawiały wrażenie, jakby samym wzrokiem można było je zawalić. Kwiaty w doniczkach pousychały, a same doniczki były przynajmniej w połowie pęknięte. Na paru stolikach walały się rozbite szklanki czy resztki jedzenia. Żarówka dawała słaby poblask. Podłoga przy każdym kroku okropnie skrzypiała. Z dwóch okien, jedno miało rozbitą szybę. Naprzeciwko mnie znajdował się bufet - zadziwiająco czysty. Wino ledwo mieściło się na półkach. Kilka opróżnionych do połowy butelek stało na ladzie.
Nagle za bufetem pojawił się jakiś mężczyzna - sądząc po fartuchu, barman. Na pewno był po czterdziestce. Guziki fartucha ledwo opinały jego ogromny brzuch, niektóre już odpadły. Zmarszczki, parę włosów i małe oczka- to składało się na jego twarz.
Niestety oprócz niego nie znajdował się tu nikt inny.
- Coś podać? - zapytał barmana. Pokręciłam głową, cofając się.
- Nie, dziękuje - wychrypiałam, naciskając klamkę.
Nagle usłyszałam za sobą czyjeś śmiech. Przełknęłam ślinę. Chyba nie chciałam się odwracać. W pamięci wciąż miałam tych ćpunów w domostwie. Odruchowo rozejrzałam się w poszukiwaniu schronienia. Za późno. Śmiech umilkły, a na mojej talii wyczułam dłonią.
- No,no,no... - usłyszałam męski głos. - A co tu robi taka kicia?
Odwrócił mnie przodem do siebie, po czym przyciągnął.
- Patrzcie chłopcy! - zawołał. - Patrzcie jaka laska...
Rozległy się gwizdy i krzyki szczęścia. Mężczyzna pochylił się ku mnie i szepnął:
- Jestem pewien, że potrafi zaspokoić nas wszystkich...
Dłoń z talii przeniósł na udo i coraz wyżej. Wepchnął mnie do baru i nakazując wyjść barmanowi, zaczął całować mnie po szyi. Spróbowałam go odepchnąć, jednak na marnie. Natychmiast moje ręce zostały wykręcone. Jęknęłam z bólu. Tymczasem mężczyzna zaczął męczyć się z paskiem u swoich spodni, nie przestając mnie całować. Ktoś ściągnął ze mną kurtkę i rzucił ją w kąt, majstrując przy bluzce.
Po chwili i ona wylądowała na ziemi, a usta chłopaka zaczęły zjeżdżać niżej. Gwizdy narosły. Zagryzłam wargę, próbując nie płakać. Któremuś udało się rozpiąć mi spodnie.
- Dość! - rozległ się głos. Ten, który męczył się ze spodniami odskoczył, jednak pierwszy mężczyzna nie zaprzestał całowania. Uwolnionymi dłońmi, próbowałam odepchnąć go od siebie. Gwizdy i krzyki umilkły, tak, że usłyszałam kroki Willa. Po chwili mężczyzna został oderwany od mojego ciała i brutalnie rzucony w kąt. Szatyn spojrzał na mnie z wściekłością i przerażeniem jednocześnie, zasłaniając sobą.
- Nic ci nie jest? - wyszeptał.
Pokręciłam głową, drżąc ze strachu i zimna. Nie miałam odwagi podnieść na niego wzroku - tępo gapiłam się w podłogę, zapinając spodnie.
Will objął mnie ramieniem, podnosząc bluzkę i podając ją mi.
- W-wybacz Will... - rozległ się cichy głos. - Nie wiedzieliśmy, że ona jest twoja.
Will zdawał się nie słyszeć tych słów, pomagając założyć mi kurtkę. Następnie lekko popchnął mnie w stronę wyjścia.
- Jeszcze raz niech któryś się do niej zbliży... - wysyczał wychodząc, po czym zatrzasnął drzwi.
Na zewnątrz przytulił mnie do siebie, opierając brodę na mojej głowie.
- O Boże, Mikayla... - szepnął, całując mnie w czoło.
__________________________
Od Boddie: Początek mi się ani trochę nie podoba. Środek ujdzie, choć też nie za bardzo. Dopiero końcówka mi się spodobała... Trochę długi, nie przesadziłam? xd
Wzięłam głęboki oddech i starając się zachować tę samą odwagę co na początku, otworzyłam drzwi do pubu.
Rozglądnęłam się uważnie po pomieszczeniu. Drewniane stoliki i ławy sprawiały wrażenie, jakby samym wzrokiem można było je zawalić. Kwiaty w doniczkach pousychały, a same doniczki były przynajmniej w połowie pęknięte. Na paru stolikach walały się rozbite szklanki czy resztki jedzenia. Żarówka dawała słaby poblask. Podłoga przy każdym kroku okropnie skrzypiała. Z dwóch okien, jedno miało rozbitą szybę. Naprzeciwko mnie znajdował się bufet - zadziwiająco czysty. Wino ledwo mieściło się na półkach. Kilka opróżnionych do połowy butelek stało na ladzie.
Nagle za bufetem pojawił się jakiś mężczyzna - sądząc po fartuchu, barman. Na pewno był po czterdziestce. Guziki fartucha ledwo opinały jego ogromny brzuch, niektóre już odpadły. Zmarszczki, parę włosów i małe oczka- to składało się na jego twarz.
Niestety oprócz niego nie znajdował się tu nikt inny.
- Coś podać? - zapytał barmana. Pokręciłam głową, cofając się.
- Nie, dziękuje - wychrypiałam, naciskając klamkę.
Nagle usłyszałam za sobą czyjeś śmiech. Przełknęłam ślinę. Chyba nie chciałam się odwracać. W pamięci wciąż miałam tych ćpunów w domostwie. Odruchowo rozejrzałam się w poszukiwaniu schronienia. Za późno. Śmiech umilkły, a na mojej talii wyczułam dłonią.
- No,no,no... - usłyszałam męski głos. - A co tu robi taka kicia?
Odwrócił mnie przodem do siebie, po czym przyciągnął.
- Patrzcie chłopcy! - zawołał. - Patrzcie jaka laska...
Rozległy się gwizdy i krzyki szczęścia. Mężczyzna pochylił się ku mnie i szepnął:
- Jestem pewien, że potrafi zaspokoić nas wszystkich...
Dłoń z talii przeniósł na udo i coraz wyżej. Wepchnął mnie do baru i nakazując wyjść barmanowi, zaczął całować mnie po szyi. Spróbowałam go odepchnąć, jednak na marnie. Natychmiast moje ręce zostały wykręcone. Jęknęłam z bólu. Tymczasem mężczyzna zaczął męczyć się z paskiem u swoich spodni, nie przestając mnie całować. Ktoś ściągnął ze mną kurtkę i rzucił ją w kąt, majstrując przy bluzce.
Po chwili i ona wylądowała na ziemi, a usta chłopaka zaczęły zjeżdżać niżej. Gwizdy narosły. Zagryzłam wargę, próbując nie płakać. Któremuś udało się rozpiąć mi spodnie.
- Dość! - rozległ się głos. Ten, który męczył się ze spodniami odskoczył, jednak pierwszy mężczyzna nie zaprzestał całowania. Uwolnionymi dłońmi, próbowałam odepchnąć go od siebie. Gwizdy i krzyki umilkły, tak, że usłyszałam kroki Willa. Po chwili mężczyzna został oderwany od mojego ciała i brutalnie rzucony w kąt. Szatyn spojrzał na mnie z wściekłością i przerażeniem jednocześnie, zasłaniając sobą.
- Nic ci nie jest? - wyszeptał.
Pokręciłam głową, drżąc ze strachu i zimna. Nie miałam odwagi podnieść na niego wzroku - tępo gapiłam się w podłogę, zapinając spodnie.
Will objął mnie ramieniem, podnosząc bluzkę i podając ją mi.
- W-wybacz Will... - rozległ się cichy głos. - Nie wiedzieliśmy, że ona jest twoja.
Will zdawał się nie słyszeć tych słów, pomagając założyć mi kurtkę. Następnie lekko popchnął mnie w stronę wyjścia.
- Jeszcze raz niech któryś się do niej zbliży... - wysyczał wychodząc, po czym zatrzasnął drzwi.
Na zewnątrz przytulił mnie do siebie, opierając brodę na mojej głowie.
- O Boże, Mikayla... - szepnął, całując mnie w czoło.
__________________________
Od Boddie: Początek mi się ani trochę nie podoba. Środek ujdzie, choć też nie za bardzo. Dopiero końcówka mi się spodobała... Trochę długi, nie przesadziłam? xd