czwartek, 27 września 2012

[18] - Obiecuje.

Mikayla...
    Podałam kubek gorącej czekolady Clarie, po czym przysiadłam obok.
    Dziewczyna wydawała się całkowicie rozbita. Nie reagowała na nasze jakiekolwiek słowa i czyny. Wpatrywała się tylko w okno, od czasu do czasu odgarniając włosy. Nie pozwalała się pocałować Evanowi - odpychała go, ciaśniej otulając się kocem. Pół godziny po przebudzeniu spędziła płacząc w ramionach Victora, po czym jakby stępiała. Puściła go i  spoglądając w okno, siedziała tak resztę wieczoru.
    Kubek wzięła do ręki, nawet na mnie nie patrząc. Spróbowałam pogłaskać ją  po włosach, lecz uchyliła się przed moją dłonią. Westchnęłam, pocierając twarz. Zegar wybił 24. Clarie drgnęła lekko na dźwięk tykania.
   - Clarie.. - zaczęłam. - Proszę, odezwij się. Spójrz na mnie. Cokolwiek.
  Nic.
  Zamknęłam oczy, wsłuchując się w odgłos wydawany przez zegar. Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Uśmiechnęłam się przebiegle, wstając.
   - No cóż... Skoro nie ty, Will mi to wszystko wyjaśni - powiedziałam, przybierając obojętny ton.
  Już ruszyłam w stronę wyjścia, gdy poczułam na moim nadgarstku zimną dłoń Clarie. Zmusiła  mnie bym ponownie usiadła. Miała zadziwiająco dużo siły. Strach i wściekłość nakręcały ją, powodując u niej znacznie zwiększenie sił.
   Dziewczyna pokręciła głową, nie odrywając spojrzenia od okna.
  - Poszłam na bieżnię, by się uspokoić - zaczęła powoli opowiadać. - Zobaczyłam chłopców...Ćpali. Nagle jeden z nich odwrócił się w moją stronę. Rozpoznałam w nim Willa. Ćpał. Byłam zła, bardzo zła. Zbiegłam z trybun i popchnęłam go. - Mówiła coraz szybciej, nie nadążałam już za jej słowami. - Jeden z nich mnie złapał za ramiona, kopnęłam go w krocze i zaczęłam uciekać. Dogonili nie, uderzyli w żołądek, upadłam. Rozległ się ryk syreny policyjnej. Will przełożył mnie sobie przez ramię i zaczął uciekać. - Ostatnie słowo wyszeptała. - Ciemność.
   Broda po raz kolejny jej zadrżała. Przytuliłam ją mocno, oddychając płytko. W głowie kołatało mi jedno słowo, jedno imię.
  Will!
  Ten dupek, sukinsyn, ten skurwiel...
  - Mikayla... - usłyszałam cichy głos przyjaciółki. Rozluźniłam uścisk, patrząc jej w twarz. - Obiecaj mi..Obiecaj, że więcej do niego nie pójdziesz. Na treningi będzie chodził z tobą Evan albo Victor. Obiecaj...
  Wzięłam głęboki oddech i kiwnęłam głową.
  - Obiecuje.
  Clarie uśmiechnęła się słabo, opadając na poduszki.
  - Dobranoc, Mikayla...
  Odwzajemniłam uśmiech, całując ją w czoło.
   - Dobranoc, Clarie - odparłam cicho.
   Gdy tylko powieki przyjaciółki opadły, zerwałam się z miejsca, kierując w stronę drzwi. Zabije go, zabiję sukinsyna... Jak śmiał, jak mógł?! Wcisnęłam buty na nogi i już sięgałam do klamki, kiedy poczułam szarpnięcie.
   - Gdzie idziesz? - zapytał Evan, trzymając mój nadgarstek.
   Westchnęłam. Nie miałam szans mu się wyrwać. Nie byłam na tyle silna. Skłamać? I tak wiedział.
    Wzruszyłam ramionami.
    - Idę z tobą - rzekł chłopak, ubierając buty.
    - Co?! Nie ma mowy! To moja sprawa! - wykrzyknęłam, lecz przypominając sobie o śpiące przyjaciółce, zniżyłam głos. - Muszę to załatwić sama. Masz tu zostać, zostać przy Clarie!
    Evan prychnął.
    - Myślisz, że zdołasz mnie powstrzymać?
    Zmrużyłam oczy, wystawiając wyzywająco podbródek.
    - Mam do niego numer, mogę zadzwonić i powiedzieć mu, że jedziesz - rzuciłam.
   Evan spojrzał na mnie zszokowany, po czym wysyczał:
     - Nie zrobisz tego...
   Wzruszyłam ramionami, wyjmując komórkę i potrząsając nią lekko.
     - Pójdę albo ja, albo nikt.
     Evan spojrzał na mnie z wściekłością. Wyglądał jakby zaraz miał mnie uderzyć. Dłonie zacisnął w pięści, mierząc mnie spojrzeniem. Oddychał płytko i gdyby nie Clarie, na pewno zaatakowałby.
    Blondynka stanęła w drzwiach i patrząc na mnie z wyrzutem, zwróciła się do Evana.
  - Chodź.. Nie warto. Wybrała. Woli iść do niego, niech idzie. Nie zatrzymuj jej. Kiedyś się przekona.
  Brunet jeszcze przez chwilę  mierzył mnie wzrokiem, aż wreszcie westchnął i obejmując Clarie, rzucił przez ramię.
  - Nie chciałem tylko, żebyś cierpiała. Nie zdajesz sobie sprawy do czego zdolny jest Will.
  Zrobiłam krok w ich kierunku, lecz natychmiast się powstrzymałam. Zagrzałam wargę, powstrzymując łzy. Clarie... Miałam ochotę pobiegnąć za nią, przeprosić, wytłumaczyć... Ale nie mogłam. Teraz liczył się Will. Odwróciłam się na pięcie, trzaskając drzwiami.
   ***
   Stanęłam przed niedużym pubem w tej samej dzielnicy, gdzie pierwszy raz odnalazłam Willa. Andy oprócz starego domostwa polecił mi również ten bar - jako drugi z najczęściej odwiedzanych miejsc przez Willa. Nie miałam zamiaru wracać się do tamtego domu. Musiałam liczyć, że spotkam go właśnie tu.
   Wzięłam głęboki oddech i starając się zachować tę samą odwagę co na początku, otworzyłam drzwi do pubu.
    Rozglądnęłam się uważnie po pomieszczeniu. Drewniane stoliki i ławy sprawiały wrażenie, jakby samym wzrokiem można było je zawalić. Kwiaty w doniczkach pousychały, a same doniczki były przynajmniej w połowie pęknięte. Na paru stolikach walały się rozbite szklanki czy resztki jedzenia. Żarówka dawała słaby poblask. Podłoga przy każdym kroku okropnie skrzypiała. Z dwóch okien, jedno miało rozbitą szybę.  Naprzeciwko mnie znajdował się bufet - zadziwiająco czysty. Wino ledwo mieściło się na półkach. Kilka opróżnionych do połowy butelek stało na ladzie.
     Nagle za bufetem pojawił się jakiś mężczyzna - sądząc po fartuchu, barman. Na pewno był po czterdziestce. Guziki fartucha ledwo opinały jego ogromny brzuch, niektóre już odpadły. Zmarszczki, parę włosów i małe oczka- to składało się na jego twarz.
     Niestety oprócz niego nie znajdował się tu nikt inny.
    - Coś podać? - zapytał  barmana. Pokręciłam głową, cofając się.
    - Nie, dziękuje - wychrypiałam, naciskając klamkę.
     Nagle usłyszałam za sobą czyjeś śmiech. Przełknęłam ślinę. Chyba nie chciałam się odwracać. W pamięci wciąż miałam tych ćpunów w domostwie. Odruchowo  rozejrzałam się w poszukiwaniu schronienia. Za późno. Śmiech umilkły, a na mojej talii wyczułam  dłonią.
   - No,no,no... - usłyszałam męski głos. - A co tu robi taka kicia?
   Odwrócił mnie przodem do siebie, po czym przyciągnął.
   - Patrzcie chłopcy! - zawołał. - Patrzcie jaka laska...
   Rozległy się gwizdy i krzyki szczęścia. Mężczyzna pochylił się ku mnie i szepnął:
   - Jestem pewien, że potrafi zaspokoić nas wszystkich...
   Dłoń z talii przeniósł na udo i coraz wyżej. Wepchnął mnie do baru i nakazując wyjść barmanowi, zaczął całować mnie po szyi. Spróbowałam go odepchnąć, jednak na marnie. Natychmiast moje ręce zostały wykręcone. Jęknęłam z bólu. Tymczasem mężczyzna zaczął męczyć się z paskiem u swoich spodni, nie przestając mnie całować. Ktoś ściągnął ze mną kurtkę i rzucił ją w kąt, majstrując przy bluzce.
   Po chwili i ona wylądowała na ziemi, a usta chłopaka  zaczęły zjeżdżać niżej. Gwizdy narosły. Zagryzłam wargę, próbując nie płakać. Któremuś udało się rozpiąć mi spodnie.
   - Dość! - rozległ się głos. Ten, który męczył się ze spodniami odskoczył, jednak pierwszy mężczyzna nie zaprzestał całowania. Uwolnionymi dłońmi, próbowałam odepchnąć go od siebie. Gwizdy i krzyki umilkły, tak, że usłyszałam kroki Willa. Po chwili mężczyzna został oderwany od mojego ciała i brutalnie rzucony w kąt. Szatyn spojrzał na mnie z wściekłością i przerażeniem jednocześnie, zasłaniając sobą.
     - Nic ci nie jest? - wyszeptał.
    Pokręciłam głową, drżąc ze strachu i zimna. Nie miałam odwagi podnieść na niego wzroku - tępo gapiłam się w podłogę, zapinając spodnie.
     Will objął mnie ramieniem, podnosząc bluzkę i podając ją mi.
    - W-wybacz Will... - rozległ się cichy głos. - Nie wiedzieliśmy, że ona jest twoja.
   Will zdawał się nie słyszeć tych słów, pomagając założyć mi kurtkę. Następnie lekko popchnął mnie w stronę wyjścia.
    - Jeszcze raz niech któryś się do niej zbliży... - wysyczał wychodząc, po czym zatrzasnął drzwi.
   Na zewnątrz przytulił mnie do siebie, opierając brodę na mojej głowie.
     - O Boże, Mikayla... - szepnął, całując mnie w czoło.
__________________________
Od Boddie:  Początek mi się ani trochę nie podoba. Środek ujdzie, choć też nie za bardzo. Dopiero końcówka mi się spodobała... Trochę długi, nie przesadziłam? xd 

piątek, 21 września 2012

[17] -Zabiorę ci to co najważniejsze... Zabiję cię, a potem wszystko co tylko kochasz.

Clarie...
       
      Było mi przykro, że Kayla od samego rana latała za Willem., ale przecież nie mogłam jej tego zabronić. Miała prawo do szczęścia. Usiadłam na łóżku i wzięłam do ręki pudełko owinięte wstążką. To wszystko co pozostało mi po dawnym życiu. Sięgnęłam po nożyczki i pogładziłam moje włosy. Wiedziałam, że niedługo nie będę ich mieć. Z łzami w oczach obcięłam pukiel włosów i włożyłam go do jednego z woreczków w pudełku. Było tam moje zdjęcie z dzieciństwa, kolczyki, które Kayla zrobiła dla mnie sama, drobny kawałek gipsu gdy pierwszy raz złamałam nogę i mój pierwszy mleczny ząb. Chętnie cofnęłabym się do dzieciństwa i zaczęła od nowa. Clarie wróciła do domu po około trzech godzinach. Wiedziałam, że towarzystwo Willa sprawia jej przyjemność, ale nie podobał mi się ten typ. Przez niego Mikayla coraz bardziej zaczynała się ode mnie oddalać.
    -Jestem!- krzyknęła Miki wchodząc do salonu. Przez te trzy godziny siedziałam na kanapie i płakałam. - Ej! Co jest grane?- spytała zaskoczona podchodząc do mnie.
    -Nic... Chyba nic. Muszę się przejść- powiedziałam i już wychodziłam, ale Kayla zatrzymała mnie. Przez chwilę stałyśmy tak w milczeniu. Obie byłyśmy tak słabe, że trochę nas to kosztowało. W końcu puściła mnie i mogłam iść gdzieś przed siebie. Wyszłam z domu w samej koszulce na ramiączkach, mimo że było chłodno. Zimno nie przeszkadzało mi teraz w ogóle. Ruszyłam w kierunku bieżni, która znajdowała się kilka kroków stąd . Nie mówiłam o niej Miki, bo wiedziałam że zaraz by tam chodziła i biegała, a co za tym szło jeszcze bardziej chudła. Bieganie od małego było dla mnie pasją. Nie jeden raz w szkole zdobywałam rozmaite nagrody, ale teraz byłam zbyt słaba. Usiadłam po prostu na trybunach i utkwiłam wzrok w bordowej nawierzchni.  Nagle moim oczom ukazała się grupka chłopaków. Stali obok jednego z stolików i cicho chichotali. Przyglądałam im się uważnie, aż jeden z nich nie obrócił się w moja stronę. To był Will. Jego oczy łzawiły i były czerwone, cały czas kichał i kaszlał, ale kiedy mnie zobaczył od razu spoważniał. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego, ale niestety miałam. Mikaylę, a ona coraz bardziej mu ulegała. Kiedy zadzwonił mój telefon nie patrząc kto dzwoni rozłączyłam połączenie i spuściłam wzrok.  Zobaczyłam w dłoni chłopaka torebeczkę z białym proszkiem i wpadłam w furię.  Zbiegłam z trybunów i podbiegłam do nich. Pchnęłam Willa nie zwracając uwagi na całą resztę po czym poczułam jak ktoś ściska mnie za ramiona.
   -Nawet nie próbuj jej tego podawać... To przez ciebie! Niszczysz ja!- krzyknęłam z łzami w oczach i usłyszałam za plecami cichy śmiech. Nie dałam rady wyrwać się nieznajomemu, ale byłam dość giętka. Uderzyłam go z stopy w krocze, a kiedy mnie puścił zaczęłam uciekać. Bardzo szybko jednak zmęczyłam się, a oni znowu mnie dopadli.
   -Kicia. Ostra jesteś, ale uważaj bo my jesteśmy jak papryczki chili.- powiedział jeden z nich zachrypniętym głosem, a ja poczułam że tracę grunt pod stopami. Nim się zorientowałam zostałam obalona, a coś ciężkiego wbiło mi się w brzuch. To była pięść blondyna. Wzrokiem wyszukiwałam Willa, ale w momencie kiedy poczułam na sobie czyjeś zimne palce zrozumiałam, że nie mogę na niego liczyć, że mi nie pomoże, a Kayle nie czeka z nim nic dobrego.
   - Zobaczymy czy jesteś wystarczająco dobra.- usłyszałam kolejny głos i głośny śmiech. Powieki cały czas zaciskałam , by nie pozwolić wypłynąć łzą.
   -Sukinsyny...- wysyczałam i puściły mi emocje. Pozwoliłam wypłynąć łzą. Nagle rozległ się głośny huk i usłyszałam ryk syreny policyjnej. W pierwszym momencie pomyślałam, że to dobrze, ale kiedy jeden z nich, a konkretniej Will przerzucił mnie sobie przez ramię myślałam, że to już koniec. Waliłam go pięściami w plecy, a potem zrobiło się kompletnie ciemno. Słyszałam jeszcze jak Will rzuca w kogoś wyzwiskami i zobaczyłam te czekoladowe oczy...
***
     Biegłam ile tylko miałam sił, ale z każdym krokiem byłam słabsza. Obraz stawał się zamazany choć i tak nic nie widziałam. Nagle ktoś zacisnął na moim ramieniu swoje zimne palce, a z moich ust wydobył się okropny krzyk. Nigdy nie potrafiłam krzyczeć, a tu nagle coś takiego. Nie mogłam się uwolnić, kiedy czyjeś ręce oplotły mnie w tali, a na skórze poczułam zimny dotyk czyichś ust. 
   -Zabiorę ci to co najważniejsze... Zabiję cię, a potem wszystko co tylko kochasz. - rozległ się głos w mojej głowie i nagle...
  Obudziłam się.Byłam w salonie na kanapie, a obok mnie siedziała Kayla z dziwnym wyrazem twarzy jakby w coś nie wierzyła. Kiedy przeniosłam wzrok na lewo zobaczyłam... Rudego! To był Victor. Chciałam się podnieść i go przytulić, ale czyjeś dłonie tak jak wcześniej w śnie teraz trzymały mnie za ramiona. 
   -Victor!- krzyknęłam przez łzy i odwróciłam się do tyłu. -Evan...-wyszeptałam i mocno przytuliłam brata. Wtuliłam się w jego tors i rozkleiłam się na dobre. Mimo, że płakałam uważnie słuchałam co mówią wszyscy w koło.
    -Jak on mógł to zrobić? Nie wieżę...- mówiła Kayla, a Evan jej odpowiadał.
    - Sam widziałem. Przykro mi, ale on nigdy się nie zmieni.- dopiero teraz do mnie dotarło do mnie, że Victor jest wśród nas.
     -Co ty tu robisz?- spytałam patrząc na niego.
     - Chciałem ci powiedzieć, ze rodzice są już w drodze.

____
Od Akwamaryn: Nie miałam na niego pomysłu, ale Boddie pomogła i wyszło. Sen wyszedł sam z siebie. Jak myślicie kto jest tą tajemniczą postacią w nim?

niedziela, 16 września 2012

[16] - Clarie jest taka śliczna, chuda, wspaniała.. A ty? Gruba świnia!

Mikayla...
   Przykryłam Clarie kocem, odgarniając z jej czoła włosy. Z przerażeniem stwierdziłam, że garść została mi w dłoni. Z obrzydzeniem strzepnęłam je na dywan - nie chciałam trzymać w ręce dowodu białaczki Clarie. Bałam się o nią. Była dla mnie jak siostra, myśl, że kiedyś mogłoby mi jej zabraknąć powodowała u mnie strach. Wierzyłam, że znajdzie się dla niej szpik. Wyczekiwałam telefonu od lekarza i słów " Możemy uratować pani przyjaciółkę", podczas, gdy stan Clarie pogarszał się z dnia na dzień. Ona tego nie widziała, według niej było okey, lecz każdy wkoło zauważał odciski choroby na je wyglądzie i psychice. Tylko nie ona. 
   Pocałowałam przyjaciółkę w czoło, po czym skierowałam się do łazienki, cichutko zamykając za sobą drzwi. Potarłam dłonią oczy, próbując odgonić od siebie zmęczenie. Głowa mi pękała - zdecydowanie za dużo wypiłam. 
   Wiesz, co w tym jest najgorsze? Piwo ma dużo kalorii...
  Zagryzłam wargę. Wiedziałam, że ma rację. Nawet nie chcę liczyć, ile dziś przytyłam. 
  Sięgnęłam po szczotkę, patrząc w lustro. Rozczesując włosy, spostrzegłam coś w kącie lustra. Powoli odwróciłam głowę w stronę owej rzeczy. 
   Waga. 
   No idź, popatrz ile przytyłaś... Zobacz jak grubą jesteś świnią... Jak możesz w ogóle patrzeć w lustro nie wymiotując? Nie wstyd ci? Clarie jest taka śliczna, chuda, wspaniała.. A ty? Gruba świnia! Właź na tą wagę, no dalej...
   Nie odrywając wzroku od wagi, odłożyłam szczotkę. Wolno podeszłam do szklanego pudła, po czym na nie weszłam. 
   Przytyłaś, gruba krowo... 
  40.2 kg. 
  Jeszcze nie dawno ważyłam 38 kg. Szybko zeszłam z wagi, pozwalając wypłynąć łzom.
  Zamiast płakać, zrobiłabyś coś pożytecznego. Poćwicz, pobiegaj... Cokolwiek. Musisz schudnąć. Musisz być niczym motylek. Musisz być doskonała! 
  Pokiwałam głową.  Musze być doskonała, powtórzyłam w myślach. Przypomniałam sobie słowa Willa, gdy żegnaliśmy się pod moim domem. " Pamiętaj... Jak będziesz czegoś potrzebować, zadzwoń." 
  Nie zaszkodzi... 
  Wyciągnęłam komórkę i wybrałam jego numer. 
  - Will? Wiem, że jest 2 w nocy. Nie nic się nie stało... - Spróbowałam opanować drżenie głosu. - Naprawdę nic mi nie jest. Chciałam tylko spytać... Co robisz jutro rano? Więc co byś powiedział na...
  ***
   Związałam włosy w kucyk i sięgnęłam po bluzę. Była o kilka rozmiarów za duża, ale to dobrze - ukrywała moją tusze. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że na mojej dłoni zostało trochę włosów. Wystraszona, dotknęłam moich loków i zauważyłam, że wypadło jeszcze kilka. Super, pomyślałam z rozpaczą, obie łysiejemy. 
   Z ponurych myśli, wyrwał mnie dzwonek, a następnie niezadowolony głos Clarie. 
  - Już idę! - zawołałam, naciągając na siebie bluzę. Szybko zbiegłam ze schodów i doskoczyłam do drzwi. Clarie i Will mierzyli się ponurym wzrokiem. Widząc mnie, szatyn się uśmiechnął, a blondynka wysłała mordercze  spojrzenie. Bez słowa ominęła mnie, zostawiając nas samych. Wypchnęłam chłopaka na zewnątrz, zamykając drzwi. 
  - Jogging? Dziwny sposób na randkę - rzekł wesoło Will. 
  - Kto powiedział, że to randka? - uśmiechnęłam się. - Raczej... Spotkanie koleżeńskie.
  Will prychnął. 
   - Wiesz, kiedy dawałem ci mój numer, sądziłem, że skorzystasz z niego w inny sposób - odparł, zaczynając biec. 
   - Na przykład? 
   - Na przykład... - uśmiechnął się łobuzersko. - Letni, chamski podryw?
  Zaśmiałam się, lekko uderzając go w bok. 
    - Będę wieczorem czekała na telefon... - zawołałam, wyprzedzając go. - A teraz... Kto pierwszy w parku?! 
     - Chwila! - usłyszałam Willa. - Ja nawet nie wiem gdzie jest park! 
   Zaśmiałam się, przyśpieszając.
   ***
   Zatrzymałam się przy bramie do parku, a zaraz za mną pojawił się szatyn. 
  - To była gra nie fair... Nie wiedziałem, gdzie mam biec! - powiedział, udając naburmuszonego. 
  Zaśmiałam się.
   - Ja też nie. Nie sądziłam, że jest tu jakiś park. Blefowałam. Miałam nadzieję, że cię zgubię. - odparłam, wystawiając język. 
   Na twarzy Willa zaczął się pojawiać uśmiech. 
   - A więc tak? Ty wredna, mała... - Nim zdążyłam zareagować, przerzucił mnie sobie przez ramię i zaczął mną obracać. 
   Zaśmiałam się, uderzając go w plecy. Nie przestał jednak, obracając się cały czas i wchodząc do parku.
  -... Żmijo! - dokończył, stawiając mnie na ławce. Wreszcie nasze głowy były na równej wysokości. Przez chwile tak staliśmy, patrząc sobie oczy. Will lekko uśmiechnął się, trzymając dłonie na mojej talii. Przybliżył się na tyle ile pozwalała mu krawędź ławki. Spanikowałam, kiedy uświadomiłam sobie, co zamierzam zrobić. Nie chciałam tego. Nie tak szybko. Lubiłam Willa, ale to wszystko. 
  Położyłam dłonie na jego rękach i delikatnie odepchnęłam, zeskakując z ławki.
  - Wyścig do kolumny Napoleona? - zapytałam, uśmiechając się przebiegle i nim zdążył zareagować rzuciłam się do biegu. 
   - Do czego? - usłyszałam jeszcze.
____________________
 Od Boddie: Rozdział mi się podoba :D Jeden z chyba najlepszych jakie tu napisałam :D Coś już się zaczyna dziać między Willem, a Mikaylą... A wam- jak się podoba?

środa, 12 września 2012

[15]-Kayla. Wszystko mi się sypie. Ja chcę już umrzeć. Chcę być w końcu szczęśliwa...

Clarie...
      Czytałam z niedowierzaniem gazetę. Myślałam, że zaraz zwariuję. Poderwałam się gniotąc gazetę w rękach i rzucając nią o ścianą.  Dopiero teraz zobaczyłam Kayle. Stała w drzwiach ledwo trzymając się na nogach. Była kompletnie pijana, ale teraz nie miałam czasu by to załatwiać. Zresztą mogłam się spodziewać, że towarzystwo Willa to nic odpowiedniego.
    -Muszę wyjść. Połóż się i nie ruszaj z domu.- powiedziałam zarzucając na siebie moją skórzaną kurtkę.  Słyszałam jeszcze jak Mikayla wrzeszczy za mną żebym została, ale nie zwracałam na to uwagi. Wyszłam z domu i od razu ruszyłam biegiem w kierunku mieszkania Roberta. To co media wypisywało często było kłamstwem, ale po Robercie mogłam się spodziewać wszystkiego, nawet najgorszego. Moja kondycja osłabła i co jakiś czas musiałam przystawać by odpocząć.  Gdy tylko stanęłam przed drzwiami zaczęłam z nie walić pięściami. Robert nie miał jakichś specjalnych zabezpieczeń. Gdy nikt mi nie otworzył oparłam się o drzwi i osunęłam po nich na ziemię.
    -Zabiję go...- powiedziałam i nagle moje oparcie odskoczyło, a ja spadłam na plecy.  Zacisnęłam powieki z bólu, ale szybko je otworzyłam i zobaczyłam nachylającego się nade mną mężczyznę. - Zabiję cię!- krzyknęłam mu w twarz i podniosłam się. Emocje we mnie buzowały.
    -Ale co jest grane kotku?- spytał uśmiechając się do mnie i unosząc jedną brew.
    -Tyle czasu pracowałam na twoje dobre imię! Tle czasu, a ty to wszystko niszczysz! Tyle razy załatwiałam ci te wszystkie wywiady byś wyglądał lepiej w świetle telewizji, a ty wszystko spieprzasz!- krzyknęłam uderzając do w klatkę piersiową.- Czy ty w ogóle myślisz?! Masz tam coś w tej głowie?! Pobiłeś jakiegoś faceta! On cię pozwie, a ty pójdziesz siedzieć!- dokończyłam i weszłam do domu. Chodziłam w kółko po pokoju starając się uspokoić.
      -Zasłużył. Zresztą nie pozwie mnie. Mamy przecież wtyki w policji, a ty załatwisz, żeby wszystko było dobrze. Jak zawsze. Gorsze tarapaty miałem.- powiedział dotykając mojego policzka. Strąciłam jego dłoń i zrobiłam krok w tył.
     -Nie dotykaj mnie idioto! Kogo pobiłeś?- spytałam odwracając się do niego plecami.
     -Po co ci to wiedzieć?- spytał rozbawiony i przygniótł mnie do ściany.Obolała spróbowałam wyrwać swoje ręce z jego silnego uścisku. Widząc, że nie ulegam w końcu powiedział, a ja myślałam, że go poćwiartuję na drobne kawałeczki.- Tego twojego kochasia. Nie pozwolę ci mnie olewać dla jakiegoś lalusia słonko...- powiedział blokując mi nogi. Wiedziałam, że nie mam siły by mu się wyrwać, a kiedy zaczął  całować mnie po szyi zabrakło mi sił.
      -Puszczaj mnie! Już!- powiedziałam, a gdy udało mi się uwolnić jedna dłoń uderzyłam go w twarz, a potem w brzuch.  Nim zdążył się zorientować co się dzieje, ja już wybiegałam z domu i biegłam w stronę szpitala.
***
      Siedziałam w autobusie i przyglądałam się kroplom deszczu po drugiej stronie. Nagle wszystkie emocje znikły i wypłynęły razem z moimi łzami. Jak ja mogłam być taka głupia. Przecież on kleił się do mnie od samego początku, a ja pozwalałam mu na to. Pociągnęłam nosem i przypomniałam sobie, że przecież niedługo nie będę żyła. Nie liczyłam na to bym wyzdrowiała. Powoli zaczynałam się godzić z moim krótkim życiem, ale nie mogłam pozwolić, by Evan cierpiał. Wysiadłam z autobusu i wolnym krokiem ruszyłam w kierunku szpitala. Ulice były mimo deszczy pełne. Ludzie cały czas się śpieszyli, nie mieli na nic czasu. Liczyła się tylko praca i pieniądze. Już po kilku minutach stałam cała przemoczona przed drzwiami sali w której znajdował się mój przyjaciel. Uchyliłam powoli drzwi i weszłam do środka. Na łóżku leżał brunet głowę miał obandażowaną, rękę w gipsie, a na brwi jakiś plaster.  Koło łózka stała kobieta. Niewiele starsza ode mnie. Miała może dziewiętnaście lat. Nie wydawała się być zmartwiona stanem pacjenta. Gdy tylko wzrok Evana spoczął na mnie poczułam się niezręcznie. 
    -Taylor to jest Clarie. Clarie to moja siostra Taylor. - powiedział i posłał mi przepiękny uśmiech. Już miałam go odwzajemnić kiedy zrozumiałam, że nie mogę. Że muszę to wszystko skończyć tu i teraz. Tay opuściła salę i zostaliśmy we dwójkę. Gdyby nie ja nie było by go teraz tu. 
    -Jak się czujesz?- spytałam stając na końcu łóżka i dotykając dłonią zimną poręcz. 
    -Nie jest tak źle. Twój szef nieźle się wkurzył. Czy ty z nim..- nim zdążył dokończyć zaprzeczyłam ruchem głowy.
    -Nigdy w życiu. Evan... Ja chciałam ci tylko powiedzieć, że nie możemy się już spotykać. Przepraszam.- powiedziałam i odwróciłam się do niego plecami.
    -Ale... Co się stało? Zrobiłem coś nie tak? -spytał smutnym głosem. Wiedziałam, że go to bolało, ale po co miał się ze mną męczy? To nie było mu do niczego potrzebne. Lepiej by ukuło raz, a dobrze, a nie wiele razy.
    - Nic nie zrobiłeś... Po prostu nie możemy. Nie pisz, nie dzwoń. Daj mi spokój.- powiedziałam po czym wyszłam. Usłyszałam jeszcze jak Evan przeklina, a potem już biegłam cała zapłakana do domu. Kiedy stanęłam w drzwiach mieszkania światło w salonie paliło się. Powoli weszłam, a kiedy tylko zobaczyłam Kayle od razu wpadłam w jej ramiona. Zapadł już zmrok, było ciemno, a mi było trzeba dobrej przyjaciółki, która przytuli i pocieszy. Już tak dawno nie byłyśmy tak blisko. Brakowało mi jej ciepła.
    -Kayla. Wszystko mi się sypie. Ja chcę już umrzeć. Chcę być w końcu szczęśliwa...- powiedziałam płacząc jej w rękaw.

_____
Od Akwamaryn: Trochę się dzieję i mam nadzieję, że się podoba. U mnie jest tak gorąco, że tylko siedzę i piszę. Ani wyjść na dwór ani ni, bo po prostu można się roztopić. 

sobota, 8 września 2012

[14] - Zobaczysz Matt... Jeszcze nie będę mógł się od niej uwolnić.

Will...
  Oparłem się o ścianę, obserwując wchodzącą Mikayle. Rozglądała się po sali, najprawdopodobniej poszukując mnie wzrokiem. Uśmiechnąłem się do niej, bezdźwięcznie mówiąc "cześć". Jeśli chce ją przekonać, muszę być choć w połowie milszy.
   Spanikowałem, gdy wczoraj zobaczyłem ją u Philla. Gdyby nie ja, właśnie byłaby wywożona z kraju. Niesamowite co może zrobić, byle tylko powiedzieć jakieś durne " dziękuje". Zaimponowała mi, przyznaję. Trzeba być naprawdę głupim, a zarazem odważnym, by samemu pójść do tej dzielnicy. W jej przypadku tylko głupim - mogę się założyć, że ten, kto dał jej adres nie wspomniał, jak bardzo jest tam niebezpiecznie. Szczęściara. Uniknęła śmierci już 2 razy. Pech, że to właśnie dzięki mnie. 
   - Will! - usłyszałem Matta. - Wreszcie się zjawiłeś. Wszystko już załatwione? 
  Kiwnąłem głową, nie odrywając wzroku od Mikayli. Matt idąc za moim spojrzeniem, gwizdnął cicho. 
   - A ona? Pojedzie? 
   Wzruszyłem ramiona, spoglądając na przyjaciela. 
   - Po treningu zamierzam ją gdzieś  zabrać - odpowiedziałem obojętnym tonem. 
   Matt podniósł jedną brew. 
   - Randka z nią? 
   - Jeśli ma ze mną pojechać, musi być ze we zakochana. To anorektyczka i Clarie świetnie o tym wie. A Clarie ma na nią duży wpływ. Umie ją przekonać by wzięła udział w terapii.Weźmie - nie pojedzie. Musi być mi oddana, móc zrobić dla mnie wszystko. Pojadę z nią, albo mogę w ogóle zapomnieć o stażu u Garry`ego. - wyjaśniłem. Żądanie Heatmisha było debilne. Ale rozumiałem jego obawy. W tym zawodzie bulimia i anoreksja to codzienność, zwłaszcza u kobiet. Trzeba  być idiotą, by nie widzieć co się dzieje z Mikaylą. Garry musiał być pewien, że przyjedzie mimo choroby. Podpisze kontrakt, będzie można ją leczyć - wiedząc, że jest już jego. 
    - Zobaczysz Matt... Jeszcze nie będę mógł się od niej uwolnić. - Uśmiechnąłem się, znów patrząc na rozciągającą się szatynkę. - Jak od każdej. 

Mikayla...
  Padałam z sił. Przez 2 dni zjadłam aż połowę sałatki. Czułam się winna, ale coraz ciężej mi się pracowało. Po pół godzinie tańca, musiałam walczyć ze zmęczeniem. Z ogromną ochotą zjedzenia czegoś. Z samą sobą. 
   Ulżyło mi, gdy zobaczyłam Willa opierającego się o ścianie. Nie wyglądał już na tak wściekłego jak wczoraj. Mimo wszystko, bałam się o niego. Pozwolił mi "uciec". Nie wiem czy tamte ćpuny jeszcze o mnie pamiętały - jeśli tak, chyba nie były zadowolone.
   Nie powinnam w ogóle o nim myśleć, o tym co robi i czy ma się dobrze, ale... Martwiłam się. Miejsce w którym go znalazłam... Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę rozmawiać z kimś kto pochodzi z takiej dzielnicy. Zadawałam się z bogaczami - bo sama byłam bogata. Pochodziła z dobrej rodziny, niczego mi nie brakowało. To nie tak, że gardziłam biednymi. Nigdy nie myślałam o nich, jak o czymś gorszym. Lecz ćpuni... Ludzie których wczoraj spotkałam...
    Moje rozmyślania przerwała Camilla, karząca ustawić się do układu. 
  ***
   - I jak? - spytałam Clarie po treningu, po informacji Camilli, że zastąpi ją ktoś inny. 
   - Nijak. Robertowi się podobało. Zresztą jest na mnie nieźle cięty. Zrobi wszystko by tylko nie przyznać mi racji, ale ja wiem swoje. Ona was wykańcza fizycznie. Może chłopaków nie, ale dziewczyny tak. Mam nadzieję, ze spodoba wam się Eva. Długo jej szukałam. - odpowiedziała, otwierając drzwi samochodu. 
    Sięgnęłam do klamki i znieruchomiałam widząc podchodzącego Willa. Spytał czy może ze mną pogadać, patrząc przy tym na Clarie. . Zmarszczyłam brwi, urażona. Od kiedy to Clarie decyduje czy mogę z kimś porozmawiać?
   - Dobra. Tylko masz ją odprowadzić, bo jeszcze mi gdzieś po drodze zemdleje.- powiedziała, po czym zwróciła się do mnie. - Widzimy się w domu. 
    Podniosłam brew do góry. Nie jestem dzieckiem, pomyślałam ze złością. Mogę o sobie decydować. 
   Clarie odjechała, a ja zostałam sama z Willem. Podeszłam bliżej. 
  - Więc...? Powinnam przeprosić za wczoraj? - zapytałam. 
  - Teoretycznie tak. Ale mam dość twoich przeprosin, więc nie. - Uśmiechnął się. Odwzajemniłam. 
   Chwila. 
  - Od kiedy to uśmiechamy się do siebie? 3 dni temu byliśmy wrogami - spytałam, idąc w stronę bramy. 
    Will wzruszył ramionami. 
   - Odkąd uratowałem ci życie. Tak w ogóle... Wiesz, że masz u mnie dwa długi? 
   Podniosłam brwi.  
    - Poradziłabym sobie z karłem i pijanym ćpunami. - rzekłam. 
   - Tak. Karła ze strachu byś osikała, a na pijanych ćpunów byś zwymiotowała. - odpowiedział z przekąsem. 
   Zaśmiałam się, przechodząc przez bramę. 
   - Oni by zemdleli, zanim w ogóle by do nich dotarło, że na nich zwymiotowałam - odparłam. Przez chwilę szliśmy w ciszy. Wreszcie spojrzałam na niego niepewnie i spytałam: - Will... Bierzesz narkotyki? 
   Szatyn zatrzymał się gwałtownie, patrząc na mnie ze zdziwieniem. 
   - Bo kręcę się wśród ćpunów? Nie, oczywiście, że nie. Jak przyszłaś byłem przytomny. - powiedział. 
   - Jeszcze - zauważyłam. 
  Will uśmiechnął się lekko, wsadzając ręce w kieszenie. 
   - Jeśli chcesz się z nimi zadawać, musisz przy nich brać. - odpowiedział, ruszając. Wzrok miał wbity w ziemię. 
   - A ty chcesz? 
   Pokręcił głową. 
   - Ja muszę. - Znów zapanowała cisza, którą ostatecznie przerwał Will. Uśmiechnął się do mnie szeroko, po czym chwycił za rękę, ciągnąc gdzieś.
    - Chodź! - wykrzyknął. - Idziemy do Wesołego Miasteczka! Na kolejkę!
    - Nie jesteśmy za starzy? - odparłam, śmiejąc się.
    - Na to nigdy nie jest się za starym!
   Zaśmiałam się, pozwalając pociągnąć w stronę autobusów. 
    *** 
    Z szerokim uśmiechem, otworzyłam drzwi, po czym zamknęłam opierając się o nie. Chwile tak stałam, wspominając dzisiejszy dzień, by po chwili zawołać:
   - Clarie! Jestem! - Ściągnęłam buty i nieco chwiejnie ruszyłam do kuchni. Po kilku Kolejkach Strachu itp. Will namówił mnie na piwo. Być może trochę przegięłam z alkoholem. 
   Ze śmiechem weszłam do pomieszczenia, przeczesując włosy. 
   - Oj, Clarie, żałuj, że nie... Clarie? - Przestałam się śmiać. Przyjaciółka siedziała przy stole, czytając jakąś gazetę. Z wściekłością ściskała jeden jej róg. Gdy weszłam, spojrzała na mnie z taką złością, jakbym co najmniej zniszczyła połowę domu. Nigdy jej takiej nie widziałam. - Clarie? - powtórzyłam niepewnie.
__________________
  Od Boddie:  Wybacz, Akwamaryn, ale jeśli liczyłaś, że uda mi się coś zrobić z akcją, to muszę cię zawieść - Nie jestem w tym za dobra :D Ale wierzę, że w następnym rozdziale coś wykombinujesz :p. Rozdział średnio mi się podoba... Tak 5/10.. A Wam?

wtorek, 4 września 2012

[13]Nie powinnam odcinać ci drogi do szczęścia. Jeśli to jest to czego pragniesz...

Clarie...
     Jechałam tak szybko jak tylko się dało. Cały czas przekraczałam prędkość i zapewne nie jeden fotoradar strzelił mi zdjęcie.  Kiedy tylko dostałam telefon Kayli myślałam, że umrę ze strachu. Byłam w tej dzielnicy tylko raz i wiedziałam, że nigdy więcej tam nie wrócę. Teraz jednak nie miałam wyboru. Podjechałam pod wskazany adres i zatrzymałam wóz. Mikayla od razu wskoczyła do środka.
    -Co ty tu robiłaś?! Jak dostałam twój telefon myślałam, że dostanę zawału! Zwariowałaś?!- krzyknęłam ruszając już tym razem wolniej.
    -Byłam u Willa. Musiałam mu podziękować.- siedziałam cicho i liczyłam w myślach chcąc się uspokoić. Cudownie. Przyjechała do Willa i to sama jak palec.- Clarie... Zastanawiam się nad wyjazdem do Garry'ego.- cicho westchnęłam. I moje liczenie na nic. Z drugiej strony jednak jakby mi ulżyło. Wiedziałam, że ten temat wróci prędzej czy później.
     -Miki przemyślałam to...- zaczęłam zaciskając ręce na kierownicy i nie spuszczając wzroku z drogi.- Nie powinnam odcinać ci drogi do szczęścia. Jeśli to jest to czego pragniesz... Jedź, ale proszę cię. Zacznij jeść i dbać o siebie bo w takim stanie już długo nie pociągniesz. No i... Chciałabym żebyś poszła na terapię. Jeśli nie zaczniesz z tym walczyć stanie się coś złego.- powiedziałam zatrzymując się na podjeździe.
***
      Zasiadłam za drewnianym stołem w kuchni i włożyłam sobie do ust kolejną kanapkę. Myślałam, że choroba odbierze mi apetyt, ale tak się nie stało.  Mimo mich próśb Mikayla nie chciała zjeść śniadania. Za chwilę miałyśmy wychodzić do pracy, ale chyba chętniej zamknęłabym ją pod kluczę w pokoju pełnym jedzenia.
    -Kayla zaraz wychodzimy!- krzyknęłam i wcisnęłam na siebie moje trampki. Nie miałam dziś zaplanowanych żadnych wywiadów, ale postanowiłam iść na trening tancerzy by podpatrzeć jak ćwiczą.
   -Już idę.- powiedziała Miki wchodząc do holu w w rozciągniętym dresie. Od wczoraj nie poruszałam tematu jej wyjazdu. Mogła zrobić co chciała, a ja nie będę mieć jej tego za złe. Jednak jeśli to doprowadzi ją do jeszcze gorszego stanu nie wybaczę tego sobie.   Wsiadłyśmy do auta i byłyśmy na miejscu po piętnastu minutach. Kayla od razu powędrowała na salę, a ja poczekałam na Roberta w recepcji. Kate znikła gdzieś i byłam całkiem sama. Trening po chwili się zaczął, a ja nadal czekałam. Mieliśmy z Robertem sprawdzić jak radzi sobie  Camilla, ale on jak zwykle spieprzył sprawę. Wstałam i ruszyłam w kierunku sali gdy ktoś zatrzymał mnie i zacisnął rękę na moim nadgarstku.
   -Clarie. Proszę porozmawiaj ze mną.- usłyszałam głos Evana i spróbowałam się wyrwać. Na nic.
   -Puść mnie natychmiast...- wysyczałam i spojrzałam mu w oczy. Widziałam w nich ból i cierpienie, jakby właśnie wędrował po szkle na boso, ale posłusznie mnie zostawił.- Czego chcesz?- spytałam oschle i zrobiłam krok w tył.
    -Przepraszam. Poniosły mnie emocje. Nie wiedziałem, że wszystko słyszałaś. Monic jest przeszłością byłem młody i głupi, ale czy ty byś wybaczyła gdyby twój najlepszy przyjaciel zabił twojego ukochanego?- wzięłam głęboki wdech. Doskonale wiedział, że nie, a ja nie miałam żadnych argumentów.
    -Nie musiałeś go dusić... Może się zmienił? Może jest inny? Pomyśl, że ludzie zmieniają się.- powiedziałam i już otwierałam drzwi, ale Evan znów mnie zatrzymał.
    -Czyli wszystko okey?- spytał posyłając mi swój uśmiech. Odwzajemniłam go i nagle poczułam dłonie chłopaka na swoich biodrach. Nabrałam powietrza w płuca i wstrzymałam oddech oczekując na to co będzie działo się dalej. Czułam na swojej skórze jego ciepły i równy oddech. Jego ręce powędrowały ku górze i zatrzymały się na mojej tali, a oczy przypatrywały mi się z zadowoleniem. Spuściłam wzrok i poczułam, że się dusze. Gdy był tak blisko brakowało mi tchu. Nasze twarze dzieliły milimetry, dosłownie. Nagle rozległ się huk i chciałam odskoczyć, ale dłonie Evana zacisnęły się mocniej na mojej tali i nie pozwoliły mi na to. Ani drgnęłam. Mój oddech uspokoił się i nagle zrobiło mi się gorąco. To był Robert. Stał w drzwiach wejściowych i patrzył na Evana wściekłym wzrokiem.
   -Przypominam, że jesteś w pracy panno Carrot.- powiedział mierząc mnie od stóp do głów. Od kiedy zwracał się do mnie na pani? Raczej uważał mnie za samrkulę.
  -To ty się spóźniałeś. Czekałam na ciebie. Trening zaczął się już dawno.- powiedziałam nadal będąc w objęciach bruneta. Spojrzałam na niego przepraszająco, a ten pocałował mnie w policzek i oddalił się.
   -Wpadnę po południu!- krzyknął jeszcze wychodząc, a potem znikł za drzwiami. Uśmiechnęłam się do siebie i nie zwracając najmniejszej uwagi na mojego szefa weszłam do sali. Usiadłam razem z nim na jednej z ławek i zaczęliśmy przyglądać się tańczącej grupie. Bardziej skupiałam się na tym by patrzeć czy Mikayla przypadkiem się nie przewróciła lub nie zasłabła.
   -Kto to był?- spytał Robert odrywając mój wzrok od przyjaciółki.
   -Evan... Mój przyjaciel, ale co cię to interesuje w ogóle?- powiedziałam zaskoczona i uśmiechnęłam się do dziewczyny, która siedziała z nogą w gipsie na końcu sali. Smutne było to, że nie mogła tańczyć, a Camilla nie zamierzała już jej przyjąć. Chciałam to jakoś zmienić jednak Robert był po jej stronie. Nie zgodził się by przez ten mały wypadek ktoś miał blokować jedno miejsce.
    -Umawiasz się z nim w ciągu pracy, a to raczej kiepski moment na randki, ale skoro to tylko przyjaciel.- powiedział i jego dłoń powędrowała na wewnętrzną część mojego uda. Zamarłam na chwilę w bezruchu, ale po tej krótkiej panice odepchnęłam jego dłoń.
    -Tak to tylko przyjaciel, ale ty nawet nim nie jesteś, więc nie pozwalaj sobie na za wiele szefie.- powiedziałam posyłając mu parszywy uśmieszek. Po jakimś czasie rozległ się głos Camilli, która oznajmiła, że to już koniec zajęć, a przez najbliższy tydzień będą się one odbywać z inną choreografką. Byłam wściekła, że blondynka postanowiła tak nagle wyjechać na wakacje i zostawić na głowie wszystko mi.
    - I jak?- spytała Kayla gdy wychodziliśmy już z budynku. Wzruszyłam tylko ramionami i otworzyłam auto.
    -Nijak. Robertowi się podobało. Zresztą jest na mnie nieźle cięty. Zrobi wszystko by tylko nie przyznać mi racji, ale ja wiem swoje. Ona was wykańcza fizycznie. Może chłopaków nie, ale dziewczyny tak. Mam nadzieję, ze spodoba wam się Eva. Długo jej szukałam.- już chciałam wsiadać do auta kiedy podbiegł do nas Will.
    -Kayla możemy pogadać?- spytał patrząc na mnie znacząco. Zaraz po nim to samo zrobiła Miki.
    -Dobra. Tylko masz ją odprowadzić, bo jeszcze mi gdzieś po drodze zemdleje.- powiedziałam do chłopaka po czym zwróciłam się do Mikayli.- To widzimy się w domu.
_______
Od Akwamaryn: Jest beznadziejny i doskonale o tym wiem. Mi się nie podoba. Pisałam go kompletnie bez pomysłu.  Taki nijaki. Wszystko się wlecze, ale mam nadzieję, zę Boddie trochę rozrusza akcję.
   

sobota, 1 września 2012

[12] - Taniec to nie najważniejsza rzecz w życiu. Zapamiętaj.

Mikayla...
   Trzy tygodnie wcześniej...

    Czemu mu zaufałam? Wtedy na pewno miałam jakiś racjonalny powód.
    Teraz nie wiedziałam. Nie pamiętałam.
    Stałam przed opuszczonym domostwem w jednej z gorszych dzielnic. Wszędzie gdzieś tu kręcili się zboczeńce, złodzieje, bezdomni, pedofile, ćpuni i ludzie z problemami. A jednak to tu miałam znaleźć Willa.
    Gdy pytałam grupę, gdzie mogę go znaleźć nikt nie był chętny do udzielenia mi pomocy. Wykręcali się od udzielania mi odpowiedzi, albo w ogóle udawali, że nie usłyszeli. Dopiero Andy - drugi wyrzutek, zaraz po mnie - po przekupstwie podał mi adres.
     Czemu mu zaufałam?
     Miałam ogromną ochotę zadzwonić po taksówkę i uciekać stąd najszybciej jak się da. Może popadałam w paranoje, ale czułam się obserwowana. Jakby zaraz ktoś - lub coś - miało na mnie wyskoczyć, żywcem obedrzeć ze skóry i zjeść. Zresztą jadąc tu widziałam wystarczająco dużo ludzi by wiedzieć, że potrafiliby to zrobić.
    Wzięłam głęboki oddech i siląc się na spokój, przeszłam przez zardzewiałą bramkę do domostwa.
     Przy drzwiach zawahałam się. Zapukać? To głupie, przecież nikt by tu nie mieszkał. A może jednak? Skoro tu właśnie miałam znaleźć Willa... Boże, jestem w dzielnicy, gdzie każdy ostrzy sobie nóż na mnie, a ja się martwię czy zapukać?!
     Delikatnie otworzyłam drzwi. Zesztywniałam, gdy zaskrzypiały. Przez chwilę nasłuchiwałam odgłosu kroków, nie słysząc jednak nic wsunęłam się do środka.
      Dom był naprawdę ogromny. Po prawej i lewej znajdowały się wejścia do innych pomieszczeń - jedno z nich zostało zabite deskami. Naprzeciw mnie wznosiły się schody - brakowało paru stopni.Oprócz nich nie znajdowało się tu nic innego. Mając dziwne przeczucie, że schody zawalą się jak tylko na nie chuchnę, skierowałam się do jedynego możliwego wyjścia - drzwi po lewej.
      Moje kroki rozchodziły się echem po każdym pomieszczeniu. Śmierdziało stęchlizną. Po pomieszczeniach roznosiły się odór czegoś gnijącego.Wszędzie były albo deski albo pajęczyny. Od czasu do czasu odłamki metalu. Po kilku minutach bezsensownego "zwiedzania" budynku, zatrzymałam się wściekła.
     Andy mnie okłamał. Nie ma tu nic oprócz...
     Zesztywniałam. Albo tracę zmysły albo usłyszałam czyjeś głosy pode mną. Zagryzłam wargę, by nie uciec. Musiałam odnaleźć Willa. Tylko gdzie tu do diabła są schody do piwnicy? Ach...Pewnie przejście zostało ukryte pod jakimiś deskami lub pudłami.
     Jak ja kocham ten dzień, pomyślałam ze złością, odgarniając na bok śmieci. Przynajmniej nie robiłam tego na darmo, bo po chwili wyłoniła się klapka. Przygotowana na opór z jej strony, użyłam całej swojej siły by pociągnąć sznureczek... Wylądowałam na pupie - widocznie klapka byłą otwierana często i nie sprawiała problemu.
   - Kto to? - usłyszałam.
    Wstrzymałam oddech. Musiałam narobić okropnego hałasu. Na pewno tu już idą.. A jeśli nie będzie wśród nich Willa?
     Po chwili pojawił się odgłos kroków. Najpierw z dala, następnie z coraz bliższa. Podkuliłam kolana przygotowując się na ból. Pewnie miał pistolet. Na ścianie zobaczyłam już cień mężczyzny. Jestem giętka, ale 2 metrowemu facetowi nie...
     Zagryzłam wargę by się nie zaśmiać. Z otworu wyszedł karzeł... Z patelnią w ręce. Nie wiem czy miałby metr. Widząc mnie opuścił przedmiot i uśmiechnął się szeroko.
    - Ej, chłopcy! Patrzcie no, co nam tu zawitało! - wrzasnął, łapiąc mnie za rękę. Uśmiech znikł z mojej twarzy, gdy pociągnął mnie do otworu. Nie spodziewałam się, że może być na tyle silny, bym nie dała się mu rady wyrwać.
     Niemal ciągnąć mnie po ziemi, karzeł wszedł do bardziej już zadbanego pokoju. Lampa naftowa ustawiona na parapecie oświetlała połowę okna. Gdzieś z tyłu poustawiane został  meble. Śmierdziało tu alkoholem. Na środku pomieszczenia leżał mały stoliczek otoczony stosem puf. Na nich siedziało 5 mężczyzn. Nie zdążyłam się im przypatrzeć, gdy karzeł popchnął mnie do przodu z dość sporą jak na niego siłą. Uderzyłam w jednego z nich, ale włosy zasłoniły mi całkowity widok.
    - No,no,no, cóż to za... - Mężczyzna odgarnął mi włosy i zamarł.
     Will! Niemal westchnęłam z radości.
    - ...Niunia...- dokończył wolno.
    Gapił się na mnie z otwartą buzią, całkowicie ignorując pozostałych facetów. Po chwili jego twarz wykrzywił grymas wściekłości. Chwycił mnie za nadgarstek, wstał ciągnąc za sobą i skierował się do wyjścia.
    - Ależ, Will...- odezwał się jeden z mężczyzn. Był chyba pijany. Jak zresztą każdy tutaj. Kiwali się na krzesłach, ledwo utrzymując przytomność. Czyżby karzeł robił za ochroniarza? - Nie możesz zabrać całej zdobyczy tylko dla siebie... Podziel się.
    - Obiecuje, że wam ją oddam, jak tylko sam skończę - odpowiedział szybko szatyn. Spojrzałam na niego z przerażeniem.
    - Byle szybko. Jestem... Napalony - usłyszałam jeszcze.
   Will wypchnął mnie z pomieszczenia, zatrzaskując klapkę.
     - Głupia! Co ty tu do cholery robisz! Gdyby mnie nie było, byłabyś właśnie gwałcona! Powaliło cię?! - wrzasnął.
    Wstałam z ziemi.
   - Robię tu to samo co ty robiłeś u mnie - odparłam, siląc się na pogodny ton.
     Will prychnął.
    - Spieprzaj stąd nim wejdą dać sobie upust! - warknął.
      Kiwnęłam głową.
     - Pójdę. Tylko najpierw chcę ci podziękować.
    Szatyn zmierzwił sobie włosy, wzdychając.
     - Nie masz czego. A teraz już, spadaj...- powiedział, popychając mnie w stronę drzwi.
     Zatrzymałam się, odpychając delikatnie jego dłonie.
     - Gdyby nie ty nie żyłabym. Wykrwawiłabym się tam na śmierć. Dziękuje. - Znów odepchnęłam jego dłonie. - Jakby co, zawsze służę pomocą... Jakbyś czegoś potrzebował...
     - Cholera, właśnie tu zebrało ci się na tkliwe gadki?
     - Skoro, nie przychodzisz na treningi... - zaczęłam.
     Wypchnął mnie z pokoju.
     - Stęskniła się, jakie to urocze - odpowiedział z sarkazmem chłopak.
     - Dlaczego wciąż cię nie ma? - zapytałam, opierając się o drzwi wyjściowe.
    Will przewrócił oczami.
      - Taniec to nie najważniejsza rzecz w życiu. Zapamiętaj. - Sięgnął do klamki, jednak zasłoniłam ją ciałem.
       - Przepraszam cię za Evana. Clarie opowiedziała mi co się stało.
     Szatyn westchnął ciężko.
        - Słuchaj, nic się nie stało. Każdy by tak zrobił. Może cię nie lubię, ale nie pozwoliłbym ci umrzeć. Spodziewałaś się, że będę stał i podziwiał jak się wykrwawiasz? A Evan... Kiedyś się o coś posprzeczaliśmy, teraz boi się o każdą dziewczynę z którą mam kontakt. Możesz już iść? Proszę! - Znów sięgnął do klamki, ale przylgnęłam do drzwi mocniej. - Wiesz, że z łatwością cię podniosę, prawda?
       - Jakby było coś co bym mogła dla ciebie...
      - Tak, wiem. Przyjdę do ciebie, jeśli... A wiesz co? Jest taka rzecz. - Pokiwałam głową, uśmiechając się. Will pochylił się i powiedział - Pojedź ze mną do Garry`ego.
       Przestałam się uśmiechać. Do Garry`ego? Ale... Clarie...
      Gdzieś z tyłu pojawił się czyiś głos i dźwięk kroku. Spojrzałam ponad ramieniem szatyna, a ten korzystając z mojej chwili nieuwagi, wypchnął mnie na zewnątrz.
       Przez chwilę jeszcze stałam przed drzwiami domostwa, nim wyciągnęłam komórkę i w pośpiechu wybrałam numer.
         - Clarie? Mogłabyś po mnie podjechać? - powiedziałam, otwierając zardzewiałą bramkę.
_________________________
Od Boddie: Mam nadzieję, że nie zanudziłam was na śmierć :P Nie mogłam jakoś zacząć tego rozdziału... Miałam do niego kilkadziesiąt podejść, przez godzinę główkowałam jak zacząć... Włączyłam nawet Pamiętniki Wampirów, by mieć wenę. I wyszło jakoś tak.. Może być? :>