środa, 12 września 2012

[15]-Kayla. Wszystko mi się sypie. Ja chcę już umrzeć. Chcę być w końcu szczęśliwa...

Clarie...
      Czytałam z niedowierzaniem gazetę. Myślałam, że zaraz zwariuję. Poderwałam się gniotąc gazetę w rękach i rzucając nią o ścianą.  Dopiero teraz zobaczyłam Kayle. Stała w drzwiach ledwo trzymając się na nogach. Była kompletnie pijana, ale teraz nie miałam czasu by to załatwiać. Zresztą mogłam się spodziewać, że towarzystwo Willa to nic odpowiedniego.
    -Muszę wyjść. Połóż się i nie ruszaj z domu.- powiedziałam zarzucając na siebie moją skórzaną kurtkę.  Słyszałam jeszcze jak Mikayla wrzeszczy za mną żebym została, ale nie zwracałam na to uwagi. Wyszłam z domu i od razu ruszyłam biegiem w kierunku mieszkania Roberta. To co media wypisywało często było kłamstwem, ale po Robercie mogłam się spodziewać wszystkiego, nawet najgorszego. Moja kondycja osłabła i co jakiś czas musiałam przystawać by odpocząć.  Gdy tylko stanęłam przed drzwiami zaczęłam z nie walić pięściami. Robert nie miał jakichś specjalnych zabezpieczeń. Gdy nikt mi nie otworzył oparłam się o drzwi i osunęłam po nich na ziemię.
    -Zabiję go...- powiedziałam i nagle moje oparcie odskoczyło, a ja spadłam na plecy.  Zacisnęłam powieki z bólu, ale szybko je otworzyłam i zobaczyłam nachylającego się nade mną mężczyznę. - Zabiję cię!- krzyknęłam mu w twarz i podniosłam się. Emocje we mnie buzowały.
    -Ale co jest grane kotku?- spytał uśmiechając się do mnie i unosząc jedną brew.
    -Tyle czasu pracowałam na twoje dobre imię! Tle czasu, a ty to wszystko niszczysz! Tyle razy załatwiałam ci te wszystkie wywiady byś wyglądał lepiej w świetle telewizji, a ty wszystko spieprzasz!- krzyknęłam uderzając do w klatkę piersiową.- Czy ty w ogóle myślisz?! Masz tam coś w tej głowie?! Pobiłeś jakiegoś faceta! On cię pozwie, a ty pójdziesz siedzieć!- dokończyłam i weszłam do domu. Chodziłam w kółko po pokoju starając się uspokoić.
      -Zasłużył. Zresztą nie pozwie mnie. Mamy przecież wtyki w policji, a ty załatwisz, żeby wszystko było dobrze. Jak zawsze. Gorsze tarapaty miałem.- powiedział dotykając mojego policzka. Strąciłam jego dłoń i zrobiłam krok w tył.
     -Nie dotykaj mnie idioto! Kogo pobiłeś?- spytałam odwracając się do niego plecami.
     -Po co ci to wiedzieć?- spytał rozbawiony i przygniótł mnie do ściany.Obolała spróbowałam wyrwać swoje ręce z jego silnego uścisku. Widząc, że nie ulegam w końcu powiedział, a ja myślałam, że go poćwiartuję na drobne kawałeczki.- Tego twojego kochasia. Nie pozwolę ci mnie olewać dla jakiegoś lalusia słonko...- powiedział blokując mi nogi. Wiedziałam, że nie mam siły by mu się wyrwać, a kiedy zaczął  całować mnie po szyi zabrakło mi sił.
      -Puszczaj mnie! Już!- powiedziałam, a gdy udało mi się uwolnić jedna dłoń uderzyłam go w twarz, a potem w brzuch.  Nim zdążył się zorientować co się dzieje, ja już wybiegałam z domu i biegłam w stronę szpitala.
***
      Siedziałam w autobusie i przyglądałam się kroplom deszczu po drugiej stronie. Nagle wszystkie emocje znikły i wypłynęły razem z moimi łzami. Jak ja mogłam być taka głupia. Przecież on kleił się do mnie od samego początku, a ja pozwalałam mu na to. Pociągnęłam nosem i przypomniałam sobie, że przecież niedługo nie będę żyła. Nie liczyłam na to bym wyzdrowiała. Powoli zaczynałam się godzić z moim krótkim życiem, ale nie mogłam pozwolić, by Evan cierpiał. Wysiadłam z autobusu i wolnym krokiem ruszyłam w kierunku szpitala. Ulice były mimo deszczy pełne. Ludzie cały czas się śpieszyli, nie mieli na nic czasu. Liczyła się tylko praca i pieniądze. Już po kilku minutach stałam cała przemoczona przed drzwiami sali w której znajdował się mój przyjaciel. Uchyliłam powoli drzwi i weszłam do środka. Na łóżku leżał brunet głowę miał obandażowaną, rękę w gipsie, a na brwi jakiś plaster.  Koło łózka stała kobieta. Niewiele starsza ode mnie. Miała może dziewiętnaście lat. Nie wydawała się być zmartwiona stanem pacjenta. Gdy tylko wzrok Evana spoczął na mnie poczułam się niezręcznie. 
    -Taylor to jest Clarie. Clarie to moja siostra Taylor. - powiedział i posłał mi przepiękny uśmiech. Już miałam go odwzajemnić kiedy zrozumiałam, że nie mogę. Że muszę to wszystko skończyć tu i teraz. Tay opuściła salę i zostaliśmy we dwójkę. Gdyby nie ja nie było by go teraz tu. 
    -Jak się czujesz?- spytałam stając na końcu łóżka i dotykając dłonią zimną poręcz. 
    -Nie jest tak źle. Twój szef nieźle się wkurzył. Czy ty z nim..- nim zdążył dokończyć zaprzeczyłam ruchem głowy.
    -Nigdy w życiu. Evan... Ja chciałam ci tylko powiedzieć, że nie możemy się już spotykać. Przepraszam.- powiedziałam i odwróciłam się do niego plecami.
    -Ale... Co się stało? Zrobiłem coś nie tak? -spytał smutnym głosem. Wiedziałam, że go to bolało, ale po co miał się ze mną męczy? To nie było mu do niczego potrzebne. Lepiej by ukuło raz, a dobrze, a nie wiele razy.
    - Nic nie zrobiłeś... Po prostu nie możemy. Nie pisz, nie dzwoń. Daj mi spokój.- powiedziałam po czym wyszłam. Usłyszałam jeszcze jak Evan przeklina, a potem już biegłam cała zapłakana do domu. Kiedy stanęłam w drzwiach mieszkania światło w salonie paliło się. Powoli weszłam, a kiedy tylko zobaczyłam Kayle od razu wpadłam w jej ramiona. Zapadł już zmrok, było ciemno, a mi było trzeba dobrej przyjaciółki, która przytuli i pocieszy. Już tak dawno nie byłyśmy tak blisko. Brakowało mi jej ciepła.
    -Kayla. Wszystko mi się sypie. Ja chcę już umrzeć. Chcę być w końcu szczęśliwa...- powiedziałam płacząc jej w rękaw.

_____
Od Akwamaryn: Trochę się dzieję i mam nadzieję, że się podoba. U mnie jest tak gorąco, że tylko siedzę i piszę. Ani wyjść na dwór ani ni, bo po prostu można się roztopić. 

1 komentarz:

  1. Rozdział jest świetny !
    Naprawdę dużo się dzieje :D
    Mimo wszystko mam nadzieję ,że sytuacja się poprawi i będzie dobrze :)
    Czekam na kolejny rozdział ! :**

    OdpowiedzUsuń