środa, 24 października 2012

Epilog

Mikayla...
  Pół roku później...

  Gdzieś na korytarzu rozbrzmiało echo przekręcanego klucza, a po chwili tupot czyiś stóp. Nauczyłam się już rozpoznawać po krokach, która z kobiet podąża wzdłuż sal. Teraz jednak oprócz psycholog Delos, szedł ktoś jeszcze.
   Odłożyłam gazetę na bok, wstając i podchodząc do drzwi. Przez chwilę nasłuchiwałam kroków, po czym położyłam dłoń na klamce, uśmiechając się lekko.
   Tak rzadko psychologowie pozwalali nam na odwiedziny, że zawsze, gdy oprócz pielęgniarek, szedł ktoś jeszcze przygotowywałyśmy się na otwarcie drzwi. Każda. Bo wszystkie miałyśmy nadzieję, że to właśnie do niej. Byłyśmy tęskne ludzi, potrzebowałyśmy z nimi kontaktu. Trudno nam samym się ze sobą rozmawiało, poprzez niewielką dziurę w drzwiach. Jeden raz w miesiącu widywałyśmy bliskich. Tak jedynie siebie i lekarzy. Ciążyło nam to, lecz zdawałyśmy sobie sprawę, że to dla naszego dobra. Psychiatryk był niczym więzienie. Ale musiałam to zrobić. Dla rodziców. Dla siostrzyczki. Dla Clarie. 
   Dla Willa. 
   Podpisałam kontrakt z Garry`m, a dzień później Will nakazał mi zgłosić się do psychiatry. Z powodu anoreksji. Wypierałam się, mówiłam, że jestem zdrowa, nic mi nie jest. Ostatecznie poddałam się, gdy zagroził, że zerwie ze mną, jeśli nie zacznę się leczyć.
    Początki były trudne, wmuszali we mnie 2000 kcal. Nie mogłam nawet zwymiotować - kamera w pokoju nie pozwalała na to. Nie poddawałam się, ćwiczyłam nawet pod prysznicem. Chcąc nie chcąc przytyłam 4 kg w ciągu 2 tygodni. 
   Ale walczyłam. I gdyby nie Will, walczyłabym dalej. 
    Podczas jednej z wizyt, słysząc o moich ćwiczeniach i o tym, że potrafiłam ukryć jedzenie nawet w staniku czy majtkach, zaszantażował, że mam starać się wyzdrowieć - inaczej nie będziemy razem. Podziałało. Zaczęłam jeść, przestałam ćwiczyć. 
    Wyzdrowiałam. Dzięki Willowi.
    Dziś wychodziłam. Byłam pewna, że te drugie kroki należą do szatyna. Wyciągnęłam spod łóżka walizkę i czekałam, aż drzwi się otworzą. Po chwili kroki zamilkły, a zastąpił je dźwięk uderzenia metalowego klucza o zamek. 
   - Witaj, Mikayla - usłyszałam dyrektorkę szpitala, lecz mój wzrok wlepiony był w chłopaka stojącego za nią. 
    - Will.. - szepnęłam. Moje oczy napełniły się łzami, widząc znajomą twarz. 
  Od poprzedniego miesiąca nie zmienił się ani trochę. Czarne włosy w dalszym ciągu były w nieładzie, jakby nigdy ich nie czesał. Brązowe oczy patrzyły na mnie z radością i miłością. Uśmiechał się szeroko. 
    - Chodź do mnie, kocie - powiedział, wyciągając ramiona.
   Zaśmiałam się, po czym wręcz wskoczyłam mu na szyję, całując. Will zamruczał, mocno mnie obejmując i kręcąc się wokoło.
    - O Boże, Will.. - zaczęłam odrywając swoje wargi od jego. Nie dane było mi jednak skończyć - chłopak natychmiast zamknął mi usta kolejnym pocałunkiem. 
    Zaśmiałam się cicho, oplatując go nogami w biodrach.
    - Jedźmy do domu - wyszeptałam wciąż z ustami przy jego ustach. Poczułam jak szatyn kiwa głową, mocniej dociskając mnie do siebie. 

    Clarie...
     Dwa tygodnie po wyjściu ze szpitala Mikayli:

   -To nie ma prawa się powieść...- powiedziałam z rezygnacją i poprawiłam się na wózku. Pół roku już nie chodziłam i nadal się do tego nie przyzwyczaiłam. Nie miało to dla mnie jednak teraz znaczenia. Bardziej cierpiałam z tego powodu, że nie mogę mieć dzieci, że Evan nigdy nie przeżyje tego co z inną kobietą miałby szanse. Zawsze jak poruszałam temat, on mówił, że to nie ma znaczenia i kocha mnie za to jaka jestem, ale ja mu nie wierzyłam. Byłam zbyt świadoma jego cierpienia. 
   -Daj spokój. Będę ci pomagał.- powiedział Evan całując mnie czule. Oblizałam się, a Kayla cicho zachichotała. Spojrzałam na nią i puściłam jej oczko. 
   -I się utopię. Jeszcze czego.- odparłam i poczułam jak brunet bierze mnie na ręce. - Aaaa! On mnie porywa! Will! Miki! No pomóżcie mi! Ja chcę znowu na wózek!- krzyknęłam, ale zaraz się opanowałam. Wszyscy się na nas patrzyli jak na wariatów.  Will głośno się zaśmiał i objął Kayle. Już po chwili Evan stał do pasa w wodzie.
    -Tu nie jest głęboko. Musisz mi tylko zaufać skarbie.- powiedział puszczając mnie. Uwiesiłam się na jego szyi i podciągnęłam. teraz miałam o wiele większą siłę w rękach.
    -Ufam ci i mam dla ciebie propozycję. Ty mnie postawisz na brzegu, albo raczej posadzisz, a ja...- zamilkłam. Co mogłam mu dać? Nic.
    -Nie potrzebuję nic więcej od ciebie.- powiedział widząc mój smutek.- Pamiętaj, że kocham cię i to się nie zmieni nigdy. Jesteś tylko moja, ale możesz dać mi jedno.- powiedział wyciągając spod wody dłoń z pierścionkiem. Zdruzgotana tą całą sytuacją puściłam się szyi chłopaka i spadłam do wody dusząc się przy tym. On jednak szybko mnie wyciągnął i znów powiesił sobie na szyi jak małpkę.- Wyjdziesz za mnie słonko?- spytał przybliżając swoją twarz do mojej. Uśmiechnęłam się szeroko i wręcz wyrwałam mu pierścionek z dłoni wkładając sobie na palec.
     -Oczywiście, że tak! Kocham cię...- wyszeptałam na co on wrzasnął tak głośno jak tylko się dało.
     -Ja, Evan Cosgrave jestem najszczęśliwszym facetem na świecie!- spojrzałam w stronę naszych przyjaciół i zobaczyłam jak Will się śmieje. Jednak jest taki jak my. Pomyślałam po czym zatopiłam się w ustach Evana.

_____
Od Akwamaryn: Szkoda, że to koniec. Związałam się z Clarie, ale chyba jeszcze bardziej z Evanem. Boże jak my szybko skończyłyśmy. No ale cóż... Co do samego epilogu, jeśli chodzi o moją część to mi się podoba. Znowu nasłodziłam na końcu, ale co tam. Mam nadzieję, że miło się wam czytało i będziecie czytać nasze kolejne opowiadania, bo na tym na pewno nie poprzestaniemy. Dziękuję wam czytelnicy! No i oddaję głos Boddie

Od Boddie: Ja również żałuje, ze to już koniec. Tak szybko to minęło.. 5 albo 4 dni pisałyśmy tego bloga... Dla Was dłużej, ale dla nas ;P Pokochałam Mikayle i Willa, przywiązałam się do nich. Przeżywałam wszystko razem z nimi. Strasznie przyjemnie prowadziło mi się tego bloga. A co do mojej części w epilogu to też mi się podoba :) Może troszkę przynudzałam z tym opisem psychiatryka it, ale... Ja również Wam dziękuje, Czytelnicy :) Mam nadzieję, że się wam podobało :). 

sobota, 20 października 2012

[23] - Jeśli ona umrze... Ja też.

Clarie...
     Nie mogłam spać, nie mogłam myśleć, nie mogłam racjonalnie postępować. Gdzieś na końcu głowy miałam cały czas to,że źle postąpiłam w czasie rozmowy z Kaylą. Ona go kochała, nie mogłam tego zmienić. Evan miał rację, a ja nie miałam na nią już wpływu. Teraz tylko Will miał na nią wpływ no i ona sama. To miała być jej decyzja, a ja nie miałam prawa jej namawiać. Evan mimo moich próśb nie zgodził się opuścić swojego stanowiska. Cały czas siedział przy łóżku i przyglądał mi się uważnie bez słowa. Usłyszałam jak otwierają się drzwi, a po chwili głos mamy.
   -Boże... Clarie.- powiedziała patrząc na mnie bez większego wyrazu twarzy. Zaraz za kruchą i drobną kobietą wszedł dobrze zbudowany mężczyzna. Evan wstał i wycofał się udostępniając miejsce mojej mamie.- Rozmawialiśmy z lekarzem. Tak nam przykro słońce.- powiedziała mama dotykając dłonią mojego czoła. Robiła tak od kiedy tylko pamiętam.
   - Daj spokój mamo. Nie zmienisz niczego swoim gadaniem.- powiedziałam ściskając jej bladą dłoń. Dobrze, że karnację odziedziczyłam po tacie.
   - Właśnie. Podobno maja dla ciebie szpik, więc wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.- gdy tylko tata skończył mówić zadzwonił jego telefon. mogłam się spodziewać, że ta rodzinna atmosfera nie potrwa długo.  Wątpiłam nawet w to, że się zjawią, a jednak przyjechali. Spojrzałam na Victora i Evana stojących za szklaną szybą. Przyglądali się wszystkiemu z korytarza. Rudy jak zwykle uśmiechnięty. Dla niego wszystko miało jasne strony, a Evan. Powiem szczerze, że wyglądał okropnie, ale jego spojrzenie wszystko wynagradzało.
    -Tak mają dla mnie szpik.- kiwnęłam głową na Evana, a mama powędrowała za mną wzrokiem i uśmiechnęła się do niego.- To Evan.- powiedziałam i poszukałam wzrokiem Kayle lub Willa. Nie było ich. To mi starczyło. Błagałam w myślach mamę by nie zaczynała rozmowy na jej temat. Uważała ją za córkę i sądziłam, że nadal trzymamy się razem. Oczywiście, było tak, ale teraz wszystko wyglądało inaczej niż wcześniej. 
     - Wydaje się miły i przystojny.- powiedziała mama puszczając mi oczko. Po chwili jej wzrok powędrował na moją głowę, która była owinięta chustką. Straciłam wszystkie włosy. Co do jednego. Wiedziałam, że odrosną, ale i tak było mi przykro.
     - Mamo mogę pobyć sama? Chcę odpocząć.- powiedziałam wymuszając uśmiech. Kiedy kobieta chciała już wychodzić zatrzymałam ją.- A i jeszcze jedno... Nie chcę wracać do Angli. Chcę zostać tu. Mam tu pracę, Kayle, przyjaciół... Proszę mamo.- powiedziałam, ale nie oczekiwałam, że przystanie na tę propozycję.
     -Porozmawiamy jak będzie po operacji. Teraz śpij. Zostało jeszcze tylko kilka godzin.- powiedziała opuszczając salę. Kiedy byłam już sama obróciłam się tyłem do szyby przez którą patrzyli chłopcy i zalazłam się łzami. Starałam się poruszać klatką piersiową w miarę odpowiednim tempie, ale emocje wzięły górę. Długo nie wytrzymałam cichego łkania i po chwili zaczęłam szlochać. Miałam osiemnaście lat, przyjaciół, brata, wszystkich blisko. Pierwszy raz od dziesięciu lat rodzice byli zainteresowani mną, ale nie cieszyło mnie to. Chciałam być sama. Miałam pięćdziesiąt procent szans, że operacja się powiedzie. Mogło nie wyjść, mogła dalej konać z bólu. Nagle poczułam coś nowego. Chęć wstania, ruszenia na własnych nogach, ale wiedziałam, że już nigdy tego nie zrobię. Usiadłam i podciągnęłam się, ale kiedy chciałam podciągnąć nogi pod brodę... Tego nie mogłam już zrobić. Zacisnęłam dłonie w pięści i opadłam zrezygnowana na poduszkę, pozwalając wypłynąć łzom. Spojrzałam jeszcze raz na miejsce gdzie wcześniej stali chłopcy. Teraz stał tam Will. Patrzył na mnie jakby... Jakby nagle coś się zmieniło. Przywołałam go gestem dłoni, ale ani drgnął. Posłałam mu uśmiech. Chciałam żeby wszedł. Musiałam z nim porozmawiać. Po chwili chłopak stał w drzwiach. Szatyn nie wyglądał najlepiej, ale w porównaniu do Evana było z nim nieźle. 
    -Usiądziesz?- spytałam patrząc na niego, ale szatyn ani drgnął wiec kontynuowałam.- Przepraszam. Nie umiem ci zaufać... Nie umiałam, ale skoro Kayla kocha cię to nie mam prawa cokolwiek robić przeciwko temu. Tylko proszę dbaj o nią. Zaprowadź ją na jakaś terapią, pomóż jej.- powiedziałam patrząc w okno. Wzięłam głęboki wdech i usłyszałam kroki chłopaka, a po chwili jak siada na krześle gdzie przeważnie siedział Evan.
     - Nie skrzywdzę jej. Wiem, że po tym co zrobiłem jest ci w to ciężko uwierzyć, ale ją kocham.- uśmiechnęłam się pod nosem i posłałam mu blady uśmiech.
     -Możesz ze mną posiedzieć? Nie chcę być sama, ale nie chcę też towarzystwa rodziców. Oni są blisko jak dzieje się coś złego, ale tak... Nie wiem czy mogę nazwać ich rodzicami.- powiedziałam spuszczając wzrok. Zauważyłam jeszcze jak chłopak przytaknął, a potem zapadła grobowa cisza. 
     -Will... Czemu nie pogodzisz się z Evanem? Czemu nie możecie być zgodni? Kiedyś byliście. Byliście przyjaciółmi.- powiedziałam w końcu nie mogąc powstrzymać napływających mi na język pytań. 
     - Nie wiem...  Tak już jest. Jesteśmy wrogami, a każdy z nas ma swój honor. On ma mi za złe Monic, a ja... A ja po prostu jej nie kochałem. Gdybym wiedział, że to doprowadzi do jej śmierci nigdy bym nie odebrał mu jej. Wiem, że Evan jest strasznie uczuciowy. Zakochuje się praktycznie od pierwszego wejrzenia.- nagle dłoń chłopaka ujęła moją. Nie wiedziałam jak mam zareagować, ale nim udało mi się coś zrobić poczułam ból. Ten sam co ostatnio nawiedza mnie co krok. W podbrzuszu. Wrzasnęłam z bólu i z przyzwyczajenia wbiłam swoje paznokcie w dłoń Willa. Potrzebowałam teraz kogokolwiek. Spojrzałam w szybę i zobaczyłam Kaylę. Zaraz jednak moje oczy zamknęły się, a ja czułam tylko ten okropny ból.
     -Clarie spokojnie.- usłyszałam kojący głos Willa. Potrzebowałam Evana. Potrzebowałam jego dotyku, ciepła. Will nim nie był, nie zastąpi mi go teraz. Krzyknęłam z bólu po raz kolejne i usłyszałam głośne rozmowy. To lekarze naradzali się co zrobić. Ktoś, coś mi wstrzyknął, ale nie podziałało. Kazali wyjść Willowi, ale ja nadal trzymałam jego dłoń w szczelnym uścisku. Jeśli nie było Evana, musiałam mieć chociaż Willa.
    -Morfina nie działa...- udało mi się usłyszeć głos jednego z lekarzy.- Zabierzcie go stąd! Musimy operować! Przygotować szpik! Natychmiast!- usłyszałam krzyk i poczułam jak ktoś wyrywa mi dłoń szatyna. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam. Spojrzałam za szybę i zobaczyłam jak Will przytula do siebie Kayle. Dziewczyna przykładała czoło do szkła, a z jej policzków ciekły łzy. Kolejny zastrzyk, kolejne ukłucie, kolejny krzyk. Jeszcze raz spojrzałam na szybę. Evan. Stał z rękoma przyklejonymi do niej, a po jego policzkach ciekły łzy. Spojrzałam na Kayle znacząco każąc jej wypełnić moje prośby, a potem odpłynęłam w sen.

Oczyma Evana:
    Nie mogłem na to patrzeć. Chciałem tam wbiec i jej pomóc. Dać jej moją dłoń, ale nie mogłem. Szpik oddałem, leżał w jakiejś wielkiej lodówce i czekał na odpowiedni moment. To trwało za długo. Ona cały czas cierpiała, a lekarze tylko stali. Wiła się z bólu na łóżku i krzyczała w niebo głosy, a oni nic nie robili tylko stali i patrzyli. Kiedy tylko z sali wyszedł jakiś lekarz od razu do niego podbiegłem. Złapałem go za fartuch i przygniotłem do ściany.
    -Ratujcie ją! Ona umiera!- krzyknąłem mu w twarz, a po chwili Will mnie od niego odciągnął. - Ulżyjcie jej... Nie pozwólcie jej odejść. Ona musi żyć!- krzyknąłem i podszedłem z powrotem do szyby. Nadal płakała i cierpiała. Wyrwali jej Willa, a ona nie miała we mnie oparcia. Chciałem tam być z nią. - Jeśli ona umrze... Ja też.- powiedziałem nie odrywając wzroku od dziewczyny, która teraz już zasypiała.

_____
Od Akwamaryn: Kolejny długi z mojej strony. Nie zdradzam zakończenia. Ono dopiero w epilogu Boddie.  Kończymy tę historię. Mam nadzieję, że wam się podobało. 

wtorek, 16 października 2012

[22] - Kochał ją. Ale zabił. Nie można mu ufać.

Mikayla...
  Pokręciłam głową, ściskając rękę Clarie. 
  -Nie umrzesz, Clarie... Nie umrzesz! - szepnęłam. 
  Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, przymykając powieki.
  Boże, jak mogłam ją zostawić, pomyślałam wściekła. Jak mogłam pozwolić by jakiś chłopak stanął między nami? 
   Spojrzałam na Willa. Spoglądał na nas, opierając czoło o szybę. Uśmiechnął się lekko, próbując dodać mi otuchy. Odwzajemniłam go, próbując powstrzymać łzy. On także mnie potrzebował. Byłam jego przepustką do lepszego świata. Gdybym mu teraz powiedziała, że nie jadę...Zaraz po tym jak stworzyłam mu nadzieję... Nie mogłam być przy nich obu. Garry znajdował się na drugim końcu Paryża. Nie potrafiłabym jednocześnie wspierać obojga. Musiałam wybrać. 
   - Kayla... - usłyszałam cichutki głoski Clarie. 
   - Tak? - zapytałam żarliwe, ściskając mocniej dłoń dziewczyny. 
   Clarie powoli odwróciła głowę w moją stronę. 
   - Zobaczymy się jeszcze, prawda?  Będziesz przyjeżdżać? 
   Uśmiechnęłam się przez łzy, po czym kiwnęłam głową. 
    - Oczywiście - odparłam. - Obiecuje, że będę przyjeżdżać. - zaśmiałam się cicho. - Wiem, że teraz moje obietnice mogą dla ciebie nic nie znaczyć.. Ale przyjadę. Na pewno. 
     Clarie lekko odwzajemniła uścisk dłoni. 
    - I, Mikayla..? - Pokiwałam głową, dając znać że słucham. - Nie pozwól się mu skrzywdzić.
   Spuściłam wzrok, ocierając wolną ręką łzy. Po chwili pokręciłam głową, patrząc w jego stronę. 
     - Nie wiecie jaki jest naprawdę. Nie skrzywdzi mnie. On mnie kocha. - Clarie westchnęła cicho. 
   Puściła moją dłoń, również patrząc w stronę Willa. Przez dłuższą chwilę nie odzywała się, walczący chyba sama z sobą. Potem znów spoglądnęła na mnie, zaczynając opowieść. 
     - Gdy byłam w śpiączce, słyszałam wszystko co działo się wokół mnie. Nie widziałam otoczenia, lecz mogłam wszystko wywnioskować za pomocą słuchu. Raz chłopcy rozmawiali... Kłócili się. O niejaką Monic. Nie mam sił tego wszystkiego powtarzać. Powiem tylko, że obaj ją kochali. A Will ją zabił - Pokręciłam głową, ocierając napływające łzy. - Kochał ją. Ale zabił. Nie można mu ufać. 
    Przełknęłam ślinę, mierzwiąc włosy. 
    - Nie. Nie, Clarie. Nie znasz go. 
    - Oczywiście - przerwała mi blondynka. - Tylko ty go znasz. Bo tak ci powiedział.
   Na chwilę zamilkłam. Po chwili wzięłam głęboki oddech i szepnęłam:
    - Powiedział mu dużo więcej niż mogłabyś pomyśleć - Wstałam z łóżka. Will gdzieś znikł. - Idę. Do widzenia, Clarie. 
    Pocałowałam ją w czoło, a następnie wyszłam na zewnątrz. Widząc Evana, podbiegłam do niego. 
   - I jak? - zapytałam. 
   Chłopak wcisnął dłonie w kieszenie i pokiwał głową. 
   - Mamy tą samą grupę krwi. Może się udać. - odpowiedział zmęczonym głosem, opierając się o ścianę.
   Wyglądał jak wrak człowieka. Powieki same mu opadały, miał wory pod oczami. Twarz przybrała szarego koloru, włosy były w nieładzie. Ubranie posiadał zmięte - koszulka w dodatku na lewą stronę. Potrzebował odpoczynku, lecz za bardzo martwił się o Clarie, by w ogóle o nim myśleć. Wątpiłam czy spał ostatnie nocy. Musiał mieć pewność, że dziewczynie nic nie będzie. 
   Ścisnęłam go za ramie, uśmiechając się pocieszająco. Evan nie patrząc na mnie strzepnął moją dłoń. Westchnęłam, również opierając się o ścianę. 
    - Evan, nie mogę inaczej - szepnęłam. 
   Brunet prychnął. 
    - Oczywiście, że możesz. Zamiast jechać z Willem, zostań z Clarie. - powiedział. 
    - Nie znasz go - odparłam. - Przeżył więcej niż możesz sobie wyobrazić. 
   Evan pokręcił głową, odchodząc parę kroków. 
     - Zabił człowieka. On nie umie kochać, Kayla. Nie potrafi. - odpowiedział, wchodząc do pokoju Clarie. 
   Westchnęłam, pocierając palcami skronie. 
   Czy rzeczywiście? Może wcale mnie nie kocha? Może to kolejna bzdura w celu zaciągnięcia mnie do Garry`ego? Wyjazd za 3 dni. Zostanę albo tu z Clarie, albo tam z Willem. Tylko skąd mam mieć pewność, że on mnie naprawdę kocha? Może się nie zmienił? Jeśli rzeczywiście nie potrafi kochać? 
    Zjechałam po ściance na podłogę, podkulając pod siebie kolana. Oparłam na nich brodę, powstrzymując się od płaczu. Nie miałam pojęcia co zrobić, kogo wybrać. Jeszcze nigdy nie byłam postawiona w takiej sytuacji. To za trudne. 
   - Kayla? - usłyszałam głos Willa. Szatyn przysiadł się obok, obejmując mnie ramieniem. Uwolniłam się od niego, przesuwając nieco dalej. - Kayla, wszystko dobrze? 
   Kiwnęłam głową. 
    - Chcę po prostu pomyśleć - wyszeptałam cicho, nie patrząc na niego. 
_____________________
Od Boddie:  Mało się dzieje i jakiś taki tkliwy, ale lepiej mi wychodzą takie sceny niż akcja :D Musicie wybaczyć :P Podpowiedź co do szpiku - chyba już wiecie kto da Clarie szpik. :P :D 

czwartek, 11 października 2012

[21]-Może ty tego nie czujesz, ale ja.... Kocham cię Clarie.

 Clarie...
     Przyjęłam dopiero pierwszą dawkę leku, a już miałam skutki uboczne. Nie mogłam nic przełknąć, bo zaraz wymiotowałam. Czułam się jak... O Boże jak bulimiczka.
    -Clarie?- usłyszałam głos Kayle i spojrzałam w jej stronę. Pierwsze co przyszło mi na myśl to to, że jest z nią Will. A drugie to to, że na dole jest Evan.
    -O nie... Chłopaki.- powiedziałam i omijając Kayle zbiegłam na dół. Ona zaraz za mną.  Moim oczom ukazał się o dziwo zwykły widok. Chłopaki stali wykłócali się, ale nic więcej. Osunęłam się po ścianie na ziemię i usiadłam wzdłuż schodów. Kayla stała nade mną nie wiedząc co zrobić, ale kiedy tylko Evan mnie zobaczył podbiegł, wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu.
     -Miałaś się nie ruszać... Po co schodziłaś?- spytał, ale kiedy otwierałam usta poczułam ukłucie w brzuchu. Zwinęłam się z bólu i cicho zawyłam. Bolało jak cholera. Evan podał mi swoją dłoń, a ja wbiłam w nią swoje paznokcie. Robiłam tak na okrągło kiedy ból był zbyt duży. On się nie skarżył, ale wiedziałam, że go to boli. Chciałam żeby tego uniknął, ale to na nic.
     -Co jej jest?- spytała Miki kucając przy sofie. Poczułam jak ból ustępuje i opanowuje mnie spokój. Puściłam dłoń Evana, a on pogłaskał mnie po głowie i pocałował w czoło.
     - Chemioterapia. Dobra jedziemy do szpitala. Muszą cię podłączyć do kroplówki czy coś...- powiedział Evan i wziął mnie na ręce bez większego wysiłku.
     -Ale ona nie może nawet się ruszać. To normalne?- spytała Kayla kierując się w stronę drzwi. Zamknęłam oczy i wtuliłam się w Evana. - Gdzie jest tak w ogóle Victor?- zadała kolejne pytanie.
     -Pojechał po jej rodziców. Zawieziecie nas do szpitala?- odpowiedział brunet. Na chwilę otworzyłam oczy by spojrzeć na przyjaciółkę, a potem na Willa. On nie był zadowolony tym pomysłem. Mikayla za to patrzyła na mnie z litością. Wkurzało mnie to, ale nie miałam siły nawet otworzyć ust. Zobaczyłam tylko jak ściska mocniej dłoń Willa i posłałam jej blady uśmiech.
     -Niech będzie.- powiedział z rezygnacją szatyn i wyszedł, a my za nim. Kayla zamknęła drzwi, a kiedy chciała oddać nam klucz zatrzymałam jej dłoń.
     -To zawsze będzie twój dom.- wychrypiałam i ponownie schowałam się w koszulce Evana byle tylko nie widziała jak po moich policzkach cieknął łzy. Nie wiem kiedy znaleźliśmy się w aucie. Dopiero kiedy  Evan rozprostował moje nogi,a moją głowę położył sobie na kolanach.
     -Nie płacz proszę...- powiedział głaszcząc mnie po policzku. Nie chciałam żeby to przechodził ze mną. Chciałam umrzeć w spokoju, ciszy i samotności.
     -Opowiedz mi coś... Tak jak w szpitalu.- powiedziałam łapiąc jego dłoń. Tym razem jednak nie po to by wbić w nią paznokcie. Jeździłam opuszkami palców po jego dłoni. Wszędzie były ślady mojego cierpienia.Głos Evana był dla mnie jak lek na białaczkę. Uspokajał i wyciszał, a jego dotyk sprawiał, że serce szybciej biło.
     -Jeśli chcesz...- powiedział i zaczął.- Jak byłem mały miałem wspaniałego przyjaciela, szczęśliwą rodzinę i wszystkiego czego tylko zapragnąłem. Chodziliśmy razem po drzewach, płotach. Zawsze wracaliśmy cali obdarci. Moi rodzice pragnęli mieć syna łobuza, takiego jak on, a jego cichego chłopca, który nie potrafi się bawić. Czyli mnie.- zastanawiałam się co będzie dalej, ale tak właściwie chciałam tylko słyszeć jego głos. Mogła być to nawet wymyślona historyjka.- Nagle wszystko się zmieniło. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, jego ojciec... Też zginął. Straciłem wszystko co miałem, trafiłem do bidula razem z siostrą, a on został z matką, która miała poważne kłopoty. Spędziłem siedem lat w sierocińcu jako wyrzutek, wyśmiewany i znienawidzony za dobre stopnie. - wiedziałam jakie to uczucie być wyrzutkiem. Sama kiedyś nim byłam, ale mi za to niczego nie brakowało.- Kiedy wyszedłem odnalazłem go.- Will wydał ciche kaszlnięcie i zacisnął dłonie mocniej na kierownicy.- Był inny... Uważał się za lepszego, nie chciał mnie widzieć na oczy, ale nasze drogi splotła ona. Wybrała go, a mnie odtrąciła jak śmiecia.- i znowu śmiech. Will nie miał za grosz współczucia. Liczyło się tylko jego rozdęte ego.- No, a potem wiesz co się stało. Nigdy nie wybaczę sobie, że nie walczyłem o jej życie. Znienawidziłem go, a on mnie już dawno nie znosił. Miał swoich kumpli, dragi, alkohol i tylu mu starczało. Proponowałem zmianę, ale nie chciał.- dokończył i odwrócił wzrok po czym wlepił go w obrazie za oknem.
    -Jesteśmy.- odezwał się wściekły głos Willa. Kayla i on wyszli na zewnątrz, a my zostaliśmy sami.
    -Evan. To on jest tym przyjacielem prawda? A teraz ja mogę stracić tak Kayle. Nie chcę tego.- powiedziałam zanosząc się płaczem.Teraz już nic mnie nie bolało prócz serca.
    -To nie ma znaczenia. Było, minęło. Ty masz jeszcze szansę, ale ona go kocha. Wyjdzie z nim, a ty nie masz na to wpływu. Mam nadzieję tylko, że jej nie skrzywdzi i ty też ją miej.- powiedział całując mnie w czoło. Podciągnęłam się na szyi chłopaka do pozycji siedzącej i zaplotłam na niej swoje palce. Czułam na swojej skórze jego oddech, jego dłonie trzymały mnie w tali i mocno do siebie przyciągały. Stykaliśmy się praktycznie całą powierzchnią ciała. Oczywiście o ile to możliwe w samochodzie. Nasze twarze dzieliły milimetry, a kiedy jego usta zetknęły się z moimi opanowało mnie ciepło. Nigdy czegoś takiego nie czułam. Kiedy oderwaliśmy się od siebie Evan spojrzał mi głęboko w oczy i pokręcił z niedowierzaniem głową.
     -Może ty tego nie czujesz, ale ja.... Kocham cię Clarie.- na mojej twarzy pojawił się blady uśmiech, a kiedy chciałam mu odpowiedzieć dopadł mnie ból. Wrzasnęłam najgłośniej jak chyba umiałam i poczułam jego dłonie na swojej głowie. Nagle ktoś otworzył drzwi, a my znaleźliśmy się na zewnątrz.- Znowu. Jeśli nie chcecie jedźcie po rzeczy, ale myślę Kayla, że ona chciała by z tobą porozmawiać.
     Moje nogi opadały bezwładnie, a oddech miałam przyspieszony. Evan wbiegł do szpitala i podbiegł do recepcji.
     -Ma białaczkę. Przyjmuje chemioterapię i ma okropne bóle w podbrzuszu.- powiedział brunet na jednym wydechu pozwalając mi wbić swoje paznokcie w jego tors. Recepcjonistka wezwała natychmiast lekarza, a potem coś mi wstrzyknęli i zapanowała ciemność.
***
     Obudziłam się po kilki godzinach na szpitalnym  łóżku. Koło mnie siedział Evan trzymając moją dłoń i co chwilę ją całując. Spojrzałam na niego z ulgą i uśmiechnęłam się, ale chyba tego nie zauważył, bo nadal bez uśmiechu głaskał wewnętrzna część dłoni. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Kayla stała pod drzwiami cała zapłakana, a Will. Nawet on wyglądał na wystraszonego i okazywał jakiekolwiek uczucia. Obejmował moją przyjaciółkę i szeptał jej coś do ucha.
    -Damy radę. Zobaczysz wszystko będzie dobrze. To nic nie zmienia, to nic nie zmienia...- powtarzał w kółko zachrypniętym głosem Evan.
     -Co się dzieje?- spytałam patrząc na niego zaskoczona. Wszyscy byli tacy przygnębieni...
     -Dobra wiadomość jest taka, że mamy dla ciebie szpik, a zła...- na chwilę umilkł. Bałam się usłyszeć dalsze słowa. Byłam gotowa na wszystko.- Nie będziesz mogła chodzić.- powiedział z łzami w oczach. Wzięłam głęboki wdech i odwróciłam głowę.
      -Mogę porozmawiać sama z Mikaylą?- spytałam zamykając oczy, a po moich policzkach popłynęły łzy. To było coś okropnego. Już nigdy nie pobiegnę na bieżni, nie będę mogła nauczyć się pływać, będę na okrągło na wózku inwalidzkim.Usłyszałam jak zamykają się za nimi drzwi, a ja zostaję sama z Miki. Spojrzałam na jej załzawione oczy i posłałam uśmiech.
      -Tak mi przykro... Clarie. Przepraszam. Powinnam być tera z tobą, ale ja...- przerwałam jej.
      -Kochasz go. - dokończyłam za nią i ścisnęłam jej dłoń.- Chciałam ci tylko powiedzieć żebyś uważała. Wiesz o kim opowiadał Evan prawda?- dziewczyna przytaknęła.- Uważaj. Możemy już się więcej nie zobaczysz. Wiesz o tym?- powiedziałam, a dziewczyna pokręciła przecząco głową.- Rodzice zabiorą mnie do Anglii. Ja nie mam już szans na leprze życie, ale ty masz. Baw się i korzystaj z życia. Tak, wiem gadam jak matka.- dziewczyna uśmiechnęła się blado.- Ale mam do ciebie prośbę, a właściwie dwie. Pierwsza: Idź na terapię nawet tam u Garry'ego, a druga... Kiedy już mnie nie będzie powiedz Evanowi, że go kocham, bo ja nie mam odwagi.
_____________
Od Akwamaryn: I jest mój pierwszy długi. Nic się zbytnio nie dzieję. Jak myślicie kto odda szpik Clarie? Zobaczymy czy ktoś się domyśli.

sobota, 6 października 2012

[20] - Oto ja. Oto moja historia. Tragiczna i żałosna, ale proszę - nie lituj się.

Mikayla...
 Godzina, przed przyjściem Clarie...

  Will otworzył przede mną drzwi samochodu wpuszczając do środka. Nie patrząc na niego posłusznie usiadłam w fotelu. Wciąż miałam w pamięci to co zrobił Clarie. Wolałam jednak pojechać z nim, niż włóczyć się po dzielnicy. To chore i głupie, ale czułam się bezpiecznie wiedząc, że jest koło mnie. 
   Will zatrzasnął za mną drzwi, a po chwili przysiadał obok. Zamknął drzwiczki za sobą, po czym zablokował je tak, by nie można było ich otworzyć od zewnątrz. 
    Pochyliłam głowę, tak by włosy oddzielały mnie od Willa. Na marne - zaraz odgarnął je na moje plecy. Przez chwile panowała cisza, przerywana tylko naszymi oddechami. Bałam się poruszyć, wykonać jakikolwiek ruch. Obawiałam się, że i on zacznie się do mnie dopierać, a jednocześnie ufałam mu, czułam się przy nim bezpieczna. Rozdzierały mnie sprzeczne emocje. 
   - Mikayla.. - usłyszałam po kilku minutach jego szept. - Mikayla, wybacz... Wytłumaczę ci to, obiecuje. 
   Pokręciłam głową, nadal tępo gapiąc się w kolana. 
   - Chciałeś zgwałcić Clarie. Nie masz czego tłumaczyć... - odparłam ledwo słyszalnym głosem. 
   Will westchnął, przysuwając się bliżej. 
   - Nie, to nie tak. Byłem naćpany... Nie wiedziałem co robię, nie wiedziałem, że to ona! Mikayla, proszę... - mówił cicho, kojąco, a jednocześnie w jego słowach dało się usłyszeć taką rozpacz o jaką nigdy bym nie posądzała kogokolwiek.
   Wzięłam głęboki oddech, uchylając się przed jego dłonią. Nie daj się mu omamić... Nie daj omamić.. 
    - Nie. Nie wierzę ci. Chciałeś ją zgwałcić... - powtarzałam. 
    - Do cholery, Mikayla, nie! - wybuchnął, uderzając w siedzenie. Skuliłam się, zaciskając powieki. - Mikayla... - zaczął ponownie, ciszej.- Mikayla, nie zrobiłbym tego, gdybym nie był naćpany. Przysięgam. Musisz mi uwierzyć! 
   Pokręciłam głową. 
     - Zawieź mnie do domu. Proszę. - szepnęłam. 
     Will westchnął. 
     - Dobrze. Pojedziesz do mnie. 
   Podniosłam głowę, zszokowana. Pokręciłam stanowczo głową, łapiąc go za dłonie. 
     - Nie! Nie ma mowy, chce jechać do swojego domu! - wykrzyknęłam. 
    Szatyn kiwnął głową. 
     - Jeśli ci wszystko wytłumaczę, zawiozę cię do domu. Twojego domu. -  Otworzyłam usta by coś odpowiedzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. - Mikayla... Nie mogę cię stracić, przez głupią wpadkę. 
     - Nie nazwałabym tego głupią wpadką - odezwałam się ostro.
     - Mikayla. Zaufaj mi. - powiedział Will, patrząc mi w oczy. 
   Przez chwile siedzieliśmy tak, wpatrując się w siebie, aż wreszcie ustąpiłam. Zabrałam ręce z jego dłoni i kiwnęłam głową. 
      - Dobrze. Jedźmy. 
   Will uśmiechnął się do mnie, po czym włączył silnik i odjechał spod baru. 
    Przez kilka minut panowała cisza. Dawny strach gdzieś odleciał i zastąpiła go wściekłość. Nienawidziłam siebie i jego. Siebie - za to, że ustąpiłam. Jego - za to, że sprawił, iż ustąpiłam. Za to co zrobił Clarie. Za to co pewnie zrobi. Za wszystko. 
       - Więc? - zaczęłam, patrząc za migającym za oknem krajobraz. 
   Kątem oka widziałam, jak Will mocniej zaciska ręce na kierownicy. Dopiero po dłuższej chwili odpowiedział. 
        - Jestem jedynakiem. Ojciec z matką starali się o dziecko, lecz matka dwa razy poroniła. Po drugim załamała się. Zaczęła pić, brać narkotyki... A nawet puszczać się. Ojciec nie wytrzymywał. Zależało mu na niej, lecz ona miała go gdzieś. Liczyły się dragi, alkohol i seks. On zawsze na nią wyczekiwał, a gdy wracała robił kłótnie. Nienawidziłem jej. Miałem dość. Za to co robiła ojcu. A jemu za bardzo zależało, by z nią skończyć. Łudził się, miał nadzieję... Aż wpędziła nas w kłopoty finansowe. Nie mieliśmy na chleb. By nas wyżywić, ojciec pożyczał się pieniędzy od jakiś typków. Nie potrafił spłacić, a to... A to doprowadziło do jego śmierci.
    Odwróciłam wzrok od szyby, zdruzgotana. Chciałam coś powiedzieć, lecz Will nie pozwolił dojść mi do słowa. 
         - Zmarł ojciec, zostałem ja do utrzymania rodziny. Pracowałem. Na marne, nie umiałem spłacić długu. Zacząłem kraść. Spłaciłem dług, zyskałem nowych, groźniejszych wrogów. Zawarliśmy układ. Ja będę ich chłopcem na posyłki, oni darują mi i mojej rodzinie życie. Kiedy znalazłaś mnie w tym domostwie, by powiedzieć durne "dziękuje",byłam właśnie z jedną sprawą. I dlatego właśnie ćpam. Jeśli nie ćpasz, jesteś słaby. Jeśli jesteś słaby, mogą cię zniszczyć. Ci co chcieli cię zgwałcić to synowie mężczyzn, którzy pracują dla mojego szefa. Ja jestem ponad nich, dlatego się mnie boją. Szef obiecał, że mnie puści, jeśli otworzę do drzwi do lepszej rzeczywistości. Nie wierzył, że uda mi się coś osiągnąć. A jednak. Garry. Ale z kolei on przyjmie mnie tylko z tobą. Jesteś dla niego ważna. - Will westchnął i zacisnął dłonie mocniej na kierownicy. -  Oto ja. Oto moja historia. Tragiczna i żałosna, ale proszę - nie lituj się. Nienawidzę tego.
    Pokręciłam głową, nie wiedząc o powiedzieć. Nie chciałam się litować. A jednocześnie wydawało mi się, że każde słowo jakie wypowiem, zabrzmi jakbym się litowała. Nagle coś mi zaświtało.
     Samochód zatrzymał się, ale nie oderwałam wzroku od twarzy chłopaka. Gdy chciał wysiąść, zatrzymałam go. 
     -  Will... - zaczęłam poważnie. - Umawiałeś się ze mną tylko po to, by zaciągnąć mnie do Garry`ego? 
    Chłopak nie odpowiedział, tylko spuścił wzrok. Kiedy ponownie się odezwał, wydawało by się, jakby był na skraju załamania. 
     - Nie wiedziałem co robić. Wydawało mi się to jedynym rozwiązaniem. Przepraszam. Chciałem uciec, nie patrzyłem jak. Liczyło się dla mnie tylko jedno - uciec. Zostawić przeszłość w tyle. Wybacz. 
    Po czym wyrwał dłoń z mojego uścisku i wysiadł, by następnie otworzyć mi drzwi. Przez moment wahałam się. Nie zrobił nic złego. To zrozumiałe. Wycierpiał tyle, każdy by tak postąpił. Ale...
   Nie! - pomyślałam ostro. - Nie ma żadnego "ale". Nie mogę być zła za to, że pragnął wreszcie żyć normalnie.
   Przywołałam na twarz uśmiech, wysiadając. Stanęłam obok niego tak blisko, że stykaliśmy się piersiami. 
   - Zgadzam się - powiedziałam, łapiąc go za rękę. 
   Spojrzał na mnie zdziwiony. 
    - Na co? 
    - Na wyjazd z tobą do Garry`ego - wyjaśniłam, uśmiechając się szerzej. Will powoli oddał uśmiech, a następnie zaśmiał się cicho, patrząc mi w oczy. 
   Pokręciłam głową, obejmując go. 
     - Nie stój jak głupi, wykorzystaj to, że twoja historia tak mnie wzruszyła, że zrobię dla ciebie wszystko - szepnęłam cicho. 
    Will zaśmiał się głośniej, po czym przyciągnął mnie do siebie mocniej. Przybliżył swoje usta do moich.
    - Kocham cię... -wychrypiał, całując czule. Z uśmiechem oddałam pocałunek.
      ***
   Po wyjściu Clarie nie umiałam już powstrzymać łez. Cofnęłam się o krok, zakrywając twarz dłońmi i uderzyłam w Willa. Chłopak objął mnie ramionami, całując w głowę. 
   - Nie zasługuje na twoje łzy... - wyszeptał mi do ucha. -.. jeśli ocenia cię, nie znając prawdy. 
  Kiwnęłam głową, wtulając się w jego tors. 
***
   Samochód zatrzymał się przed moim mieszkaniem. Nie, przepraszam. Przed moim DAWNYM mieszkaniem. 
   - Gotowa? - usłyszałam głos Willa. 
  Pokiwałam głową, nie odrywając wzroku od domu. Szatyn uścisnął moją rękę, dodając mi otuchy. 
  - Gotowa - zgodziłam się, wysiadając z auta. 
  Willa również wysiadł i obejmując mnie, pocałował w czoło. 
   - Nie martw się, będę przy tobie. - wyszeptał, chwytając moją dłoń. 
  Zapukałam delikatnie do drzwi domu. To takie dziwne, pomyślałam. Jeszcze wczoraj tu mieszkałam, a dziś muszę pukać by wejść. Jak wiele może się zmienić w ciągu dnia. 
   Pamięcią wróciłam do naszej wczorajszej rozmowy. Nie mogłam znieść myśli, że kazała mi wybrać. Nigdy nie spodziewałam się czegoś takiego po niej. Wiedziałam, że nie lubi Willa, ale gdyby dała mi wyjaśnić... Choć trochę... Zrozumiałaby. Na pewno. 
   Drzwi otworzył nam Evana, lecz widząc nas od razu zatrzasnął. A przynajmniej próbował, gdyż Will za w czasu wsunął stopę w wejście. 
   - To jest także jej dom - zauważył uprzejmie.
  Evan rzucił okiem na nasze splecione dłonie i odpowiedział: 
    - Nie od kiedy jest z tobą. 
   Z twarzy Willa zniknął uśmiech i po prostu brutalnie popchnął drzwi, otwierając je. 
     - Wyłaźcie stąd, już! - wrzasnął wściekły Evan. 
   Will zamknął za nami drzwi i nie spuszczając oczu z bruneta, zwrócił się do mnie: 
   - Idź po swoje rzeczy.
   Kiwnęłam posłusznie głową i wymijając Evana, wbiegłam po schodach do siebie. Wyjęłam spod łóżka walizkę i już szłam w kierunku szafy, kiedy usłyszałam jakiś odgłos w łazience. Zmarszczyłam brwi, po czym skierowałam się w jej stronę. Delikatnie uchyliłam drzwi. 
   - Clarie? - spytałam zdezorientowana, widząc pochylającą się nad toaletą blondynkę.
 _____________________
Od Boddie: Boże, przepraszam, że to takie długie. Wszystkie wyrzuty kierować do Akwamaryn - ja chciałam skończyć na pocałunku. Wiem, wiem, że nudne, tkliwe itd. Ale trzeba było zrobić coś z Kaylą i Willem, a przy okazji wyjaśnić parę spraw :3

wtorek, 2 października 2012

[19]-Ty tego nie chcesz... Nie kochasz mnie.

Clarie...
     Łaziłam w kółko czekając aż wróci Mikayla. Byłam pewna, że on coś jej zrobił, albo gdzieś wywiózł. Miałam już najgorsze myśli. Byłam na siebie wścieła, że ją puściłam. Cały czas się wahałam co zrobić. Byłam kompletnie rozdarta między strachem przed Willem, a strachem o Miki. Usiadłam n kanapie i po raz kolejny utkwiłam wzrok w oknie na przeciwko mnie. Patrzałam na tę drogę już kilka godzin i cały czas wyglądała tak samo. Kiedy tylko zawiał wiatr i liście na krzakach poruszyły się podrywałam się i wybiegałam z domu.
   -Dobra! Mam dość! Jadę po nią!- powiedziałam i wcisnęłam na stopy moja czarne i brudne trampki. Victor patrzył na mnie z przerażeniem, ale ani drgnął. No w końcu nie znał Willa. Wiedział o nim tylko z naszych historii. Już miałam wychodzić, ale poczułam na swoim nadgarstku czyiś uścisk. Tym razem bez namysłu wyrwałam nadgarstek.
    -Nigdzie nie jedziesz. Chcesz znowu skończyć w obdartych ciuchach, a może w lesie nago? Przecież oni tym razem cię dorwą.- wysyczał przez zęby opierając się jedną ręką o drzwi.- Jadę z tobą.- dokończył zakładając na stopy buty. Nie protestowałam. Wiedziałam, że i tak to zrobi, a w jego towarzystwie czułam się bezpieczna. 
    -Prowadzisz.- powiedziałam rzucając mu kluczyki i wybiegając z domu. Kiedy zobaczyłam, że Victor idzie za nami zatrzymałam go.- Ty zostaniesz. Jakby wróciła dzwoń. No i rodzice... Jak będą to... Powiedz, że jestem na dyskotece.- powiedziałam i wsiadłam do auta zaraz za Evanem. Kierowałam Evana przez całą drogę. Wiem, ze łatwiej było by gdybym to ja prowadziła, ale tak się trzęsłam, że nie mogłam opanować drżenia rąk. 
    - Czemu taka jesteś?- spytał nagle Evan spoglądając to na mnie to na drogę. Przez chwilę nie zrozumiałam jego pytania.
    - Ale jaka?- zapytałam zaskoczona tymi słowami i utkwiłam wzrok w drodze.- Teraz w prawo.
    - Inna. Jak pierwszego dnia się poznaliśmy byłaś miła, ciepła. Potem było tylko lepiej, a teraz mi mówisz, że nie możemy się spotykać. - do oczu napłynęły mi łzy. Nie chciałam na ten temat teraz rozmawiać. Miałam na dużo na głowie, żeby jeszcze myśleć o moich kłopotach sercowych.
     -Musimy o tym teraz rozmawiać? Są ważniejsze sprawy niż ,,my'', których nigdy tak na prawdę nie było i nie nie będzie.- powiedziałam nakazując mu gestem dłoni by stanął. Od razu wysiadłam i biegiem ruszyłam do drzwi. Wiedziałam, że właśnie tu mieszka Will. Nie było to to samo mieszkanie pod które podjeżdżałam ostatnio po Kaylę, ale jak mówiłam byłam tu już raz, a mianowicie jak jeszcze Robert miał swoje początkowe odpały. Przyjeżdżał do Willa, a ja musiałam go stąd odbierać gdy był pijany i ledwo trzymał się na nogach. Bez zastanowienia weszłam do środka i od razu pobiegłam do tak zwanego salonu. Wszędzie było czuć alkohol i stęchliznę. 
      - Kayla!- krzyknęłam, a gdy nie usłyszałam odpowiedzi ponowiłam próbę.- Miki do cholery!- wrzeszczałam. W normalnym wypadku bałabym się tak postępować, ale był ze mną Evan. Kiedy tylko dostrzegłam na kanapie w salonie Mikaylę odetchnęłam ulgę. - Boże dziewczyno!- krzyknęłam i nie zwracając uwagi na siedzącego obok niej Willa przytuliłam przyjaciółkę.
     -Nic mi przecież nie jest.- powiedziała uśmiechając się delikatnie.
     -Ci może nie, ale ja dostałam prawie zawału jak liście na krzakach się poruszały!- Kayla spojrzała na mnie jak na wariatkę, a ja tylko machnęłam ręką z rezygnacją.  Odskoczyłam gdy poczułam jak Will łapie mnie za ramię. Odsunęłam się o krok i odskoczyłam z przestrachem.
     -Możecie już sobie iść. Nic jej nie jest i nie będzie puki tu jestem.- powiedział mierząc mnie wzrokiem. Wyglądałam jak potwór, ale to w pewnym sensie też jego wina. To on mnie w końcu tak poobijał, że miałam na całym ciele siniaki.
     -Jasne... Tobie nie można ufać.- wysyczał Evan zasłaniając mnie swoim ciałem.- I pomyśleć, że przez krótko chwilę myślałem, ze się zmieniłeś. Tak to jest jak się wierzy Clarie.- powiedział patrząc na mnie przez ramię. 
     -Jestem jaki jestem, a ty możesz już spieprzać. Myślicie, że bym ją skrzywdził?- spytał zaskoczony.
     -Clarie. On nie chciał cię skrzywdzić.- powiedziała Kayla patrząc na niego jakby był jakimś Bogiem. Wyrwałam się Evanowi i podeszłam bliżej szatynki.
     - I ty mu wierzysz?! Kayla otrząśnij się! On chciał mnie zgwałcić z tymi swoimi typami, a ty myślisz, że on to jakiś Bóg!- powiedziałam, a wręcz prawie krzyknęłam jej w twarz. Bolało mnie, że była taka łatwowierna. Myślałam, że to ja jestem naiwna, ale najwidoczniej miasto mnie zmieniło.
     -Nie będziesz mówiła komu ma wierzyć! Wierzy mi więc spieprzaj!  Za nic nie będę przepraszał, bo nie mam. Nie wiedziałem co robię.- do oczu napłynęły mi łzy. Nie wiedziałam co mam zrobić kiedy wstał i zmierzył mnie z ukosa po czym uśmiechnął się pod nosem.- Nie wiem co ja i moi kumple widzieliśmy w tobie. Nawet naćpani.- wiedziałam, że będę tego żałować, ale nie mogłam inaczej postąpi. Dałam mu w twarz, ale wiedziałam że nawet go to nie ruszy. Kayla tylko zawyła jakbym to ją uderzyła.
     -Zostaw go!- krzyknęła stając przed chłopakiem.- Chciałam cię tylko poinformować, że zdecydowałam i jadę do Garry'ego.- nie wytrzymałam. Z oczu pociekły mi łzy, a gdy czarnulka chciała mi je otrzeć zrobiłam krok w tył i wpadłam na Evana.
     -Jak... Rób co chcesz, ale musisz wiedzieć, że ja ci tego nie wybaczę! Nie wybaczę ci jeśli mnie zostawisz! Jeśli wybierzesz go zamiast mnie! Myślałam, że nasza przyjaźń jest wieczna... myliłam się. Jak mogłaś...- powiedziałam po czym cała zalana łzami wybiegłam z mieszkania. Nawet za mną nie krzyknęła. Nic. Kompletna cisza.Wsiadłam do auta i utkwiłam wzrok w szybie. Evan przyszedł zaraz za mną. Otworzył drzwi od mojej strony i wyciągnął mnie na zewnątrz. Płakałam jak głupia. 
     -Ciii... Już dobrze. Ona to przemyśli, wróci...- zarzuciłam mu ręce na szyję i wtuliłam się w jego tors. 
     -Evan, pocałuj mnie...- powiedziałam patrząc mu głęboko w oczy, ale chłopak pokręcił przecząco głową. Zaskoczyło mnie to, ale na co ja liczyłam? 
     -Ty tego nie chcesz... Nie kochasz mnie. Chcesz tylko w ten sposób zaznać ciepła, ale nie mojego...- powiedział i pocałował mnie w czoło.- Jak będziesz gotowa to to zrobię.
***
      Siedziałam owinięta kocem cały czas płacząc w rękaw Evana. Victor musiał pojechać do sklepu po jedzenie, bo tak dawno nie robiłam zakupów.  Nadal to do mnie nie docierało. Dopiero teraz zrozumiałam jak on ją omotał. Mnie gnębił i wyśmiewał, a jej mówił że wszystko jest w porządku.
     -Będę sama... To miały być moje najlepsze lata, a skończyło się... Tak jak się skończyło.- powiedziała  ocierając łzy.- A do tego jeszcze jutro muszę iść po te leki. Zacznie się moje łysienie, osłabienie. Nie będę mogła się ruszać... I Kayla. Nie sądziłam, że to tak się skończy.
______
Od Akwamaryn: I jak się podoba co?

czwartek, 27 września 2012

[18] - Obiecuje.

Mikayla...
    Podałam kubek gorącej czekolady Clarie, po czym przysiadłam obok.
    Dziewczyna wydawała się całkowicie rozbita. Nie reagowała na nasze jakiekolwiek słowa i czyny. Wpatrywała się tylko w okno, od czasu do czasu odgarniając włosy. Nie pozwalała się pocałować Evanowi - odpychała go, ciaśniej otulając się kocem. Pół godziny po przebudzeniu spędziła płacząc w ramionach Victora, po czym jakby stępiała. Puściła go i  spoglądając w okno, siedziała tak resztę wieczoru.
    Kubek wzięła do ręki, nawet na mnie nie patrząc. Spróbowałam pogłaskać ją  po włosach, lecz uchyliła się przed moją dłonią. Westchnęłam, pocierając twarz. Zegar wybił 24. Clarie drgnęła lekko na dźwięk tykania.
   - Clarie.. - zaczęłam. - Proszę, odezwij się. Spójrz na mnie. Cokolwiek.
  Nic.
  Zamknęłam oczy, wsłuchując się w odgłos wydawany przez zegar. Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Uśmiechnęłam się przebiegle, wstając.
   - No cóż... Skoro nie ty, Will mi to wszystko wyjaśni - powiedziałam, przybierając obojętny ton.
  Już ruszyłam w stronę wyjścia, gdy poczułam na moim nadgarstku zimną dłoń Clarie. Zmusiła  mnie bym ponownie usiadła. Miała zadziwiająco dużo siły. Strach i wściekłość nakręcały ją, powodując u niej znacznie zwiększenie sił.
   Dziewczyna pokręciła głową, nie odrywając spojrzenia od okna.
  - Poszłam na bieżnię, by się uspokoić - zaczęła powoli opowiadać. - Zobaczyłam chłopców...Ćpali. Nagle jeden z nich odwrócił się w moją stronę. Rozpoznałam w nim Willa. Ćpał. Byłam zła, bardzo zła. Zbiegłam z trybun i popchnęłam go. - Mówiła coraz szybciej, nie nadążałam już za jej słowami. - Jeden z nich mnie złapał za ramiona, kopnęłam go w krocze i zaczęłam uciekać. Dogonili nie, uderzyli w żołądek, upadłam. Rozległ się ryk syreny policyjnej. Will przełożył mnie sobie przez ramię i zaczął uciekać. - Ostatnie słowo wyszeptała. - Ciemność.
   Broda po raz kolejny jej zadrżała. Przytuliłam ją mocno, oddychając płytko. W głowie kołatało mi jedno słowo, jedno imię.
  Will!
  Ten dupek, sukinsyn, ten skurwiel...
  - Mikayla... - usłyszałam cichy głos przyjaciółki. Rozluźniłam uścisk, patrząc jej w twarz. - Obiecaj mi..Obiecaj, że więcej do niego nie pójdziesz. Na treningi będzie chodził z tobą Evan albo Victor. Obiecaj...
  Wzięłam głęboki oddech i kiwnęłam głową.
  - Obiecuje.
  Clarie uśmiechnęła się słabo, opadając na poduszki.
  - Dobranoc, Mikayla...
  Odwzajemniłam uśmiech, całując ją w czoło.
   - Dobranoc, Clarie - odparłam cicho.
   Gdy tylko powieki przyjaciółki opadły, zerwałam się z miejsca, kierując w stronę drzwi. Zabije go, zabiję sukinsyna... Jak śmiał, jak mógł?! Wcisnęłam buty na nogi i już sięgałam do klamki, kiedy poczułam szarpnięcie.
   - Gdzie idziesz? - zapytał Evan, trzymając mój nadgarstek.
   Westchnęłam. Nie miałam szans mu się wyrwać. Nie byłam na tyle silna. Skłamać? I tak wiedział.
    Wzruszyłam ramionami.
    - Idę z tobą - rzekł chłopak, ubierając buty.
    - Co?! Nie ma mowy! To moja sprawa! - wykrzyknęłam, lecz przypominając sobie o śpiące przyjaciółce, zniżyłam głos. - Muszę to załatwić sama. Masz tu zostać, zostać przy Clarie!
    Evan prychnął.
    - Myślisz, że zdołasz mnie powstrzymać?
    Zmrużyłam oczy, wystawiając wyzywająco podbródek.
    - Mam do niego numer, mogę zadzwonić i powiedzieć mu, że jedziesz - rzuciłam.
   Evan spojrzał na mnie zszokowany, po czym wysyczał:
     - Nie zrobisz tego...
   Wzruszyłam ramionami, wyjmując komórkę i potrząsając nią lekko.
     - Pójdę albo ja, albo nikt.
     Evan spojrzał na mnie z wściekłością. Wyglądał jakby zaraz miał mnie uderzyć. Dłonie zacisnął w pięści, mierząc mnie spojrzeniem. Oddychał płytko i gdyby nie Clarie, na pewno zaatakowałby.
    Blondynka stanęła w drzwiach i patrząc na mnie z wyrzutem, zwróciła się do Evana.
  - Chodź.. Nie warto. Wybrała. Woli iść do niego, niech idzie. Nie zatrzymuj jej. Kiedyś się przekona.
  Brunet jeszcze przez chwilę  mierzył mnie wzrokiem, aż wreszcie westchnął i obejmując Clarie, rzucił przez ramię.
  - Nie chciałem tylko, żebyś cierpiała. Nie zdajesz sobie sprawy do czego zdolny jest Will.
  Zrobiłam krok w ich kierunku, lecz natychmiast się powstrzymałam. Zagrzałam wargę, powstrzymując łzy. Clarie... Miałam ochotę pobiegnąć za nią, przeprosić, wytłumaczyć... Ale nie mogłam. Teraz liczył się Will. Odwróciłam się na pięcie, trzaskając drzwiami.
   ***
   Stanęłam przed niedużym pubem w tej samej dzielnicy, gdzie pierwszy raz odnalazłam Willa. Andy oprócz starego domostwa polecił mi również ten bar - jako drugi z najczęściej odwiedzanych miejsc przez Willa. Nie miałam zamiaru wracać się do tamtego domu. Musiałam liczyć, że spotkam go właśnie tu.
   Wzięłam głęboki oddech i starając się zachować tę samą odwagę co na początku, otworzyłam drzwi do pubu.
    Rozglądnęłam się uważnie po pomieszczeniu. Drewniane stoliki i ławy sprawiały wrażenie, jakby samym wzrokiem można było je zawalić. Kwiaty w doniczkach pousychały, a same doniczki były przynajmniej w połowie pęknięte. Na paru stolikach walały się rozbite szklanki czy resztki jedzenia. Żarówka dawała słaby poblask. Podłoga przy każdym kroku okropnie skrzypiała. Z dwóch okien, jedno miało rozbitą szybę.  Naprzeciwko mnie znajdował się bufet - zadziwiająco czysty. Wino ledwo mieściło się na półkach. Kilka opróżnionych do połowy butelek stało na ladzie.
     Nagle za bufetem pojawił się jakiś mężczyzna - sądząc po fartuchu, barman. Na pewno był po czterdziestce. Guziki fartucha ledwo opinały jego ogromny brzuch, niektóre już odpadły. Zmarszczki, parę włosów i małe oczka- to składało się na jego twarz.
     Niestety oprócz niego nie znajdował się tu nikt inny.
    - Coś podać? - zapytał  barmana. Pokręciłam głową, cofając się.
    - Nie, dziękuje - wychrypiałam, naciskając klamkę.
     Nagle usłyszałam za sobą czyjeś śmiech. Przełknęłam ślinę. Chyba nie chciałam się odwracać. W pamięci wciąż miałam tych ćpunów w domostwie. Odruchowo  rozejrzałam się w poszukiwaniu schronienia. Za późno. Śmiech umilkły, a na mojej talii wyczułam  dłonią.
   - No,no,no... - usłyszałam męski głos. - A co tu robi taka kicia?
   Odwrócił mnie przodem do siebie, po czym przyciągnął.
   - Patrzcie chłopcy! - zawołał. - Patrzcie jaka laska...
   Rozległy się gwizdy i krzyki szczęścia. Mężczyzna pochylił się ku mnie i szepnął:
   - Jestem pewien, że potrafi zaspokoić nas wszystkich...
   Dłoń z talii przeniósł na udo i coraz wyżej. Wepchnął mnie do baru i nakazując wyjść barmanowi, zaczął całować mnie po szyi. Spróbowałam go odepchnąć, jednak na marnie. Natychmiast moje ręce zostały wykręcone. Jęknęłam z bólu. Tymczasem mężczyzna zaczął męczyć się z paskiem u swoich spodni, nie przestając mnie całować. Ktoś ściągnął ze mną kurtkę i rzucił ją w kąt, majstrując przy bluzce.
   Po chwili i ona wylądowała na ziemi, a usta chłopaka  zaczęły zjeżdżać niżej. Gwizdy narosły. Zagryzłam wargę, próbując nie płakać. Któremuś udało się rozpiąć mi spodnie.
   - Dość! - rozległ się głos. Ten, który męczył się ze spodniami odskoczył, jednak pierwszy mężczyzna nie zaprzestał całowania. Uwolnionymi dłońmi, próbowałam odepchnąć go od siebie. Gwizdy i krzyki umilkły, tak, że usłyszałam kroki Willa. Po chwili mężczyzna został oderwany od mojego ciała i brutalnie rzucony w kąt. Szatyn spojrzał na mnie z wściekłością i przerażeniem jednocześnie, zasłaniając sobą.
     - Nic ci nie jest? - wyszeptał.
    Pokręciłam głową, drżąc ze strachu i zimna. Nie miałam odwagi podnieść na niego wzroku - tępo gapiłam się w podłogę, zapinając spodnie.
     Will objął mnie ramieniem, podnosząc bluzkę i podając ją mi.
    - W-wybacz Will... - rozległ się cichy głos. - Nie wiedzieliśmy, że ona jest twoja.
   Will zdawał się nie słyszeć tych słów, pomagając założyć mi kurtkę. Następnie lekko popchnął mnie w stronę wyjścia.
    - Jeszcze raz niech któryś się do niej zbliży... - wysyczał wychodząc, po czym zatrzasnął drzwi.
   Na zewnątrz przytulił mnie do siebie, opierając brodę na mojej głowie.
     - O Boże, Mikayla... - szepnął, całując mnie w czoło.
__________________________
Od Boddie:  Początek mi się ani trochę nie podoba. Środek ujdzie, choć też nie za bardzo. Dopiero końcówka mi się spodobała... Trochę długi, nie przesadziłam? xd 

piątek, 21 września 2012

[17] -Zabiorę ci to co najważniejsze... Zabiję cię, a potem wszystko co tylko kochasz.

Clarie...
       
      Było mi przykro, że Kayla od samego rana latała za Willem., ale przecież nie mogłam jej tego zabronić. Miała prawo do szczęścia. Usiadłam na łóżku i wzięłam do ręki pudełko owinięte wstążką. To wszystko co pozostało mi po dawnym życiu. Sięgnęłam po nożyczki i pogładziłam moje włosy. Wiedziałam, że niedługo nie będę ich mieć. Z łzami w oczach obcięłam pukiel włosów i włożyłam go do jednego z woreczków w pudełku. Było tam moje zdjęcie z dzieciństwa, kolczyki, które Kayla zrobiła dla mnie sama, drobny kawałek gipsu gdy pierwszy raz złamałam nogę i mój pierwszy mleczny ząb. Chętnie cofnęłabym się do dzieciństwa i zaczęła od nowa. Clarie wróciła do domu po około trzech godzinach. Wiedziałam, że towarzystwo Willa sprawia jej przyjemność, ale nie podobał mi się ten typ. Przez niego Mikayla coraz bardziej zaczynała się ode mnie oddalać.
    -Jestem!- krzyknęła Miki wchodząc do salonu. Przez te trzy godziny siedziałam na kanapie i płakałam. - Ej! Co jest grane?- spytała zaskoczona podchodząc do mnie.
    -Nic... Chyba nic. Muszę się przejść- powiedziałam i już wychodziłam, ale Kayla zatrzymała mnie. Przez chwilę stałyśmy tak w milczeniu. Obie byłyśmy tak słabe, że trochę nas to kosztowało. W końcu puściła mnie i mogłam iść gdzieś przed siebie. Wyszłam z domu w samej koszulce na ramiączkach, mimo że było chłodno. Zimno nie przeszkadzało mi teraz w ogóle. Ruszyłam w kierunku bieżni, która znajdowała się kilka kroków stąd . Nie mówiłam o niej Miki, bo wiedziałam że zaraz by tam chodziła i biegała, a co za tym szło jeszcze bardziej chudła. Bieganie od małego było dla mnie pasją. Nie jeden raz w szkole zdobywałam rozmaite nagrody, ale teraz byłam zbyt słaba. Usiadłam po prostu na trybunach i utkwiłam wzrok w bordowej nawierzchni.  Nagle moim oczom ukazała się grupka chłopaków. Stali obok jednego z stolików i cicho chichotali. Przyglądałam im się uważnie, aż jeden z nich nie obrócił się w moja stronę. To był Will. Jego oczy łzawiły i były czerwone, cały czas kichał i kaszlał, ale kiedy mnie zobaczył od razu spoważniał. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego, ale niestety miałam. Mikaylę, a ona coraz bardziej mu ulegała. Kiedy zadzwonił mój telefon nie patrząc kto dzwoni rozłączyłam połączenie i spuściłam wzrok.  Zobaczyłam w dłoni chłopaka torebeczkę z białym proszkiem i wpadłam w furię.  Zbiegłam z trybunów i podbiegłam do nich. Pchnęłam Willa nie zwracając uwagi na całą resztę po czym poczułam jak ktoś ściska mnie za ramiona.
   -Nawet nie próbuj jej tego podawać... To przez ciebie! Niszczysz ja!- krzyknęłam z łzami w oczach i usłyszałam za plecami cichy śmiech. Nie dałam rady wyrwać się nieznajomemu, ale byłam dość giętka. Uderzyłam go z stopy w krocze, a kiedy mnie puścił zaczęłam uciekać. Bardzo szybko jednak zmęczyłam się, a oni znowu mnie dopadli.
   -Kicia. Ostra jesteś, ale uważaj bo my jesteśmy jak papryczki chili.- powiedział jeden z nich zachrypniętym głosem, a ja poczułam że tracę grunt pod stopami. Nim się zorientowałam zostałam obalona, a coś ciężkiego wbiło mi się w brzuch. To była pięść blondyna. Wzrokiem wyszukiwałam Willa, ale w momencie kiedy poczułam na sobie czyjeś zimne palce zrozumiałam, że nie mogę na niego liczyć, że mi nie pomoże, a Kayle nie czeka z nim nic dobrego.
   - Zobaczymy czy jesteś wystarczająco dobra.- usłyszałam kolejny głos i głośny śmiech. Powieki cały czas zaciskałam , by nie pozwolić wypłynąć łzą.
   -Sukinsyny...- wysyczałam i puściły mi emocje. Pozwoliłam wypłynąć łzą. Nagle rozległ się głośny huk i usłyszałam ryk syreny policyjnej. W pierwszym momencie pomyślałam, że to dobrze, ale kiedy jeden z nich, a konkretniej Will przerzucił mnie sobie przez ramię myślałam, że to już koniec. Waliłam go pięściami w plecy, a potem zrobiło się kompletnie ciemno. Słyszałam jeszcze jak Will rzuca w kogoś wyzwiskami i zobaczyłam te czekoladowe oczy...
***
     Biegłam ile tylko miałam sił, ale z każdym krokiem byłam słabsza. Obraz stawał się zamazany choć i tak nic nie widziałam. Nagle ktoś zacisnął na moim ramieniu swoje zimne palce, a z moich ust wydobył się okropny krzyk. Nigdy nie potrafiłam krzyczeć, a tu nagle coś takiego. Nie mogłam się uwolnić, kiedy czyjeś ręce oplotły mnie w tali, a na skórze poczułam zimny dotyk czyichś ust. 
   -Zabiorę ci to co najważniejsze... Zabiję cię, a potem wszystko co tylko kochasz. - rozległ się głos w mojej głowie i nagle...
  Obudziłam się.Byłam w salonie na kanapie, a obok mnie siedziała Kayla z dziwnym wyrazem twarzy jakby w coś nie wierzyła. Kiedy przeniosłam wzrok na lewo zobaczyłam... Rudego! To był Victor. Chciałam się podnieść i go przytulić, ale czyjeś dłonie tak jak wcześniej w śnie teraz trzymały mnie za ramiona. 
   -Victor!- krzyknęłam przez łzy i odwróciłam się do tyłu. -Evan...-wyszeptałam i mocno przytuliłam brata. Wtuliłam się w jego tors i rozkleiłam się na dobre. Mimo, że płakałam uważnie słuchałam co mówią wszyscy w koło.
    -Jak on mógł to zrobić? Nie wieżę...- mówiła Kayla, a Evan jej odpowiadał.
    - Sam widziałem. Przykro mi, ale on nigdy się nie zmieni.- dopiero teraz do mnie dotarło do mnie, że Victor jest wśród nas.
     -Co ty tu robisz?- spytałam patrząc na niego.
     - Chciałem ci powiedzieć, ze rodzice są już w drodze.

____
Od Akwamaryn: Nie miałam na niego pomysłu, ale Boddie pomogła i wyszło. Sen wyszedł sam z siebie. Jak myślicie kto jest tą tajemniczą postacią w nim?

niedziela, 16 września 2012

[16] - Clarie jest taka śliczna, chuda, wspaniała.. A ty? Gruba świnia!

Mikayla...
   Przykryłam Clarie kocem, odgarniając z jej czoła włosy. Z przerażeniem stwierdziłam, że garść została mi w dłoni. Z obrzydzeniem strzepnęłam je na dywan - nie chciałam trzymać w ręce dowodu białaczki Clarie. Bałam się o nią. Była dla mnie jak siostra, myśl, że kiedyś mogłoby mi jej zabraknąć powodowała u mnie strach. Wierzyłam, że znajdzie się dla niej szpik. Wyczekiwałam telefonu od lekarza i słów " Możemy uratować pani przyjaciółkę", podczas, gdy stan Clarie pogarszał się z dnia na dzień. Ona tego nie widziała, według niej było okey, lecz każdy wkoło zauważał odciski choroby na je wyglądzie i psychice. Tylko nie ona. 
   Pocałowałam przyjaciółkę w czoło, po czym skierowałam się do łazienki, cichutko zamykając za sobą drzwi. Potarłam dłonią oczy, próbując odgonić od siebie zmęczenie. Głowa mi pękała - zdecydowanie za dużo wypiłam. 
   Wiesz, co w tym jest najgorsze? Piwo ma dużo kalorii...
  Zagryzłam wargę. Wiedziałam, że ma rację. Nawet nie chcę liczyć, ile dziś przytyłam. 
  Sięgnęłam po szczotkę, patrząc w lustro. Rozczesując włosy, spostrzegłam coś w kącie lustra. Powoli odwróciłam głowę w stronę owej rzeczy. 
   Waga. 
   No idź, popatrz ile przytyłaś... Zobacz jak grubą jesteś świnią... Jak możesz w ogóle patrzeć w lustro nie wymiotując? Nie wstyd ci? Clarie jest taka śliczna, chuda, wspaniała.. A ty? Gruba świnia! Właź na tą wagę, no dalej...
   Nie odrywając wzroku od wagi, odłożyłam szczotkę. Wolno podeszłam do szklanego pudła, po czym na nie weszłam. 
   Przytyłaś, gruba krowo... 
  40.2 kg. 
  Jeszcze nie dawno ważyłam 38 kg. Szybko zeszłam z wagi, pozwalając wypłynąć łzom.
  Zamiast płakać, zrobiłabyś coś pożytecznego. Poćwicz, pobiegaj... Cokolwiek. Musisz schudnąć. Musisz być niczym motylek. Musisz być doskonała! 
  Pokiwałam głową.  Musze być doskonała, powtórzyłam w myślach. Przypomniałam sobie słowa Willa, gdy żegnaliśmy się pod moim domem. " Pamiętaj... Jak będziesz czegoś potrzebować, zadzwoń." 
  Nie zaszkodzi... 
  Wyciągnęłam komórkę i wybrałam jego numer. 
  - Will? Wiem, że jest 2 w nocy. Nie nic się nie stało... - Spróbowałam opanować drżenie głosu. - Naprawdę nic mi nie jest. Chciałam tylko spytać... Co robisz jutro rano? Więc co byś powiedział na...
  ***
   Związałam włosy w kucyk i sięgnęłam po bluzę. Była o kilka rozmiarów za duża, ale to dobrze - ukrywała moją tusze. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że na mojej dłoni zostało trochę włosów. Wystraszona, dotknęłam moich loków i zauważyłam, że wypadło jeszcze kilka. Super, pomyślałam z rozpaczą, obie łysiejemy. 
   Z ponurych myśli, wyrwał mnie dzwonek, a następnie niezadowolony głos Clarie. 
  - Już idę! - zawołałam, naciągając na siebie bluzę. Szybko zbiegłam ze schodów i doskoczyłam do drzwi. Clarie i Will mierzyli się ponurym wzrokiem. Widząc mnie, szatyn się uśmiechnął, a blondynka wysłała mordercze  spojrzenie. Bez słowa ominęła mnie, zostawiając nas samych. Wypchnęłam chłopaka na zewnątrz, zamykając drzwi. 
  - Jogging? Dziwny sposób na randkę - rzekł wesoło Will. 
  - Kto powiedział, że to randka? - uśmiechnęłam się. - Raczej... Spotkanie koleżeńskie.
  Will prychnął. 
   - Wiesz, kiedy dawałem ci mój numer, sądziłem, że skorzystasz z niego w inny sposób - odparł, zaczynając biec. 
   - Na przykład? 
   - Na przykład... - uśmiechnął się łobuzersko. - Letni, chamski podryw?
  Zaśmiałam się, lekko uderzając go w bok. 
    - Będę wieczorem czekała na telefon... - zawołałam, wyprzedzając go. - A teraz... Kto pierwszy w parku?! 
     - Chwila! - usłyszałam Willa. - Ja nawet nie wiem gdzie jest park! 
   Zaśmiałam się, przyśpieszając.
   ***
   Zatrzymałam się przy bramie do parku, a zaraz za mną pojawił się szatyn. 
  - To była gra nie fair... Nie wiedziałem, gdzie mam biec! - powiedział, udając naburmuszonego. 
  Zaśmiałam się.
   - Ja też nie. Nie sądziłam, że jest tu jakiś park. Blefowałam. Miałam nadzieję, że cię zgubię. - odparłam, wystawiając język. 
   Na twarzy Willa zaczął się pojawiać uśmiech. 
   - A więc tak? Ty wredna, mała... - Nim zdążyłam zareagować, przerzucił mnie sobie przez ramię i zaczął mną obracać. 
   Zaśmiałam się, uderzając go w plecy. Nie przestał jednak, obracając się cały czas i wchodząc do parku.
  -... Żmijo! - dokończył, stawiając mnie na ławce. Wreszcie nasze głowy były na równej wysokości. Przez chwile tak staliśmy, patrząc sobie oczy. Will lekko uśmiechnął się, trzymając dłonie na mojej talii. Przybliżył się na tyle ile pozwalała mu krawędź ławki. Spanikowałam, kiedy uświadomiłam sobie, co zamierzam zrobić. Nie chciałam tego. Nie tak szybko. Lubiłam Willa, ale to wszystko. 
  Położyłam dłonie na jego rękach i delikatnie odepchnęłam, zeskakując z ławki.
  - Wyścig do kolumny Napoleona? - zapytałam, uśmiechając się przebiegle i nim zdążył zareagować rzuciłam się do biegu. 
   - Do czego? - usłyszałam jeszcze.
____________________
 Od Boddie: Rozdział mi się podoba :D Jeden z chyba najlepszych jakie tu napisałam :D Coś już się zaczyna dziać między Willem, a Mikaylą... A wam- jak się podoba?

środa, 12 września 2012

[15]-Kayla. Wszystko mi się sypie. Ja chcę już umrzeć. Chcę być w końcu szczęśliwa...

Clarie...
      Czytałam z niedowierzaniem gazetę. Myślałam, że zaraz zwariuję. Poderwałam się gniotąc gazetę w rękach i rzucając nią o ścianą.  Dopiero teraz zobaczyłam Kayle. Stała w drzwiach ledwo trzymając się na nogach. Była kompletnie pijana, ale teraz nie miałam czasu by to załatwiać. Zresztą mogłam się spodziewać, że towarzystwo Willa to nic odpowiedniego.
    -Muszę wyjść. Połóż się i nie ruszaj z domu.- powiedziałam zarzucając na siebie moją skórzaną kurtkę.  Słyszałam jeszcze jak Mikayla wrzeszczy za mną żebym została, ale nie zwracałam na to uwagi. Wyszłam z domu i od razu ruszyłam biegiem w kierunku mieszkania Roberta. To co media wypisywało często było kłamstwem, ale po Robercie mogłam się spodziewać wszystkiego, nawet najgorszego. Moja kondycja osłabła i co jakiś czas musiałam przystawać by odpocząć.  Gdy tylko stanęłam przed drzwiami zaczęłam z nie walić pięściami. Robert nie miał jakichś specjalnych zabezpieczeń. Gdy nikt mi nie otworzył oparłam się o drzwi i osunęłam po nich na ziemię.
    -Zabiję go...- powiedziałam i nagle moje oparcie odskoczyło, a ja spadłam na plecy.  Zacisnęłam powieki z bólu, ale szybko je otworzyłam i zobaczyłam nachylającego się nade mną mężczyznę. - Zabiję cię!- krzyknęłam mu w twarz i podniosłam się. Emocje we mnie buzowały.
    -Ale co jest grane kotku?- spytał uśmiechając się do mnie i unosząc jedną brew.
    -Tyle czasu pracowałam na twoje dobre imię! Tle czasu, a ty to wszystko niszczysz! Tyle razy załatwiałam ci te wszystkie wywiady byś wyglądał lepiej w świetle telewizji, a ty wszystko spieprzasz!- krzyknęłam uderzając do w klatkę piersiową.- Czy ty w ogóle myślisz?! Masz tam coś w tej głowie?! Pobiłeś jakiegoś faceta! On cię pozwie, a ty pójdziesz siedzieć!- dokończyłam i weszłam do domu. Chodziłam w kółko po pokoju starając się uspokoić.
      -Zasłużył. Zresztą nie pozwie mnie. Mamy przecież wtyki w policji, a ty załatwisz, żeby wszystko było dobrze. Jak zawsze. Gorsze tarapaty miałem.- powiedział dotykając mojego policzka. Strąciłam jego dłoń i zrobiłam krok w tył.
     -Nie dotykaj mnie idioto! Kogo pobiłeś?- spytałam odwracając się do niego plecami.
     -Po co ci to wiedzieć?- spytał rozbawiony i przygniótł mnie do ściany.Obolała spróbowałam wyrwać swoje ręce z jego silnego uścisku. Widząc, że nie ulegam w końcu powiedział, a ja myślałam, że go poćwiartuję na drobne kawałeczki.- Tego twojego kochasia. Nie pozwolę ci mnie olewać dla jakiegoś lalusia słonko...- powiedział blokując mi nogi. Wiedziałam, że nie mam siły by mu się wyrwać, a kiedy zaczął  całować mnie po szyi zabrakło mi sił.
      -Puszczaj mnie! Już!- powiedziałam, a gdy udało mi się uwolnić jedna dłoń uderzyłam go w twarz, a potem w brzuch.  Nim zdążył się zorientować co się dzieje, ja już wybiegałam z domu i biegłam w stronę szpitala.
***
      Siedziałam w autobusie i przyglądałam się kroplom deszczu po drugiej stronie. Nagle wszystkie emocje znikły i wypłynęły razem z moimi łzami. Jak ja mogłam być taka głupia. Przecież on kleił się do mnie od samego początku, a ja pozwalałam mu na to. Pociągnęłam nosem i przypomniałam sobie, że przecież niedługo nie będę żyła. Nie liczyłam na to bym wyzdrowiała. Powoli zaczynałam się godzić z moim krótkim życiem, ale nie mogłam pozwolić, by Evan cierpiał. Wysiadłam z autobusu i wolnym krokiem ruszyłam w kierunku szpitala. Ulice były mimo deszczy pełne. Ludzie cały czas się śpieszyli, nie mieli na nic czasu. Liczyła się tylko praca i pieniądze. Już po kilku minutach stałam cała przemoczona przed drzwiami sali w której znajdował się mój przyjaciel. Uchyliłam powoli drzwi i weszłam do środka. Na łóżku leżał brunet głowę miał obandażowaną, rękę w gipsie, a na brwi jakiś plaster.  Koło łózka stała kobieta. Niewiele starsza ode mnie. Miała może dziewiętnaście lat. Nie wydawała się być zmartwiona stanem pacjenta. Gdy tylko wzrok Evana spoczął na mnie poczułam się niezręcznie. 
    -Taylor to jest Clarie. Clarie to moja siostra Taylor. - powiedział i posłał mi przepiękny uśmiech. Już miałam go odwzajemnić kiedy zrozumiałam, że nie mogę. Że muszę to wszystko skończyć tu i teraz. Tay opuściła salę i zostaliśmy we dwójkę. Gdyby nie ja nie było by go teraz tu. 
    -Jak się czujesz?- spytałam stając na końcu łóżka i dotykając dłonią zimną poręcz. 
    -Nie jest tak źle. Twój szef nieźle się wkurzył. Czy ty z nim..- nim zdążył dokończyć zaprzeczyłam ruchem głowy.
    -Nigdy w życiu. Evan... Ja chciałam ci tylko powiedzieć, że nie możemy się już spotykać. Przepraszam.- powiedziałam i odwróciłam się do niego plecami.
    -Ale... Co się stało? Zrobiłem coś nie tak? -spytał smutnym głosem. Wiedziałam, że go to bolało, ale po co miał się ze mną męczy? To nie było mu do niczego potrzebne. Lepiej by ukuło raz, a dobrze, a nie wiele razy.
    - Nic nie zrobiłeś... Po prostu nie możemy. Nie pisz, nie dzwoń. Daj mi spokój.- powiedziałam po czym wyszłam. Usłyszałam jeszcze jak Evan przeklina, a potem już biegłam cała zapłakana do domu. Kiedy stanęłam w drzwiach mieszkania światło w salonie paliło się. Powoli weszłam, a kiedy tylko zobaczyłam Kayle od razu wpadłam w jej ramiona. Zapadł już zmrok, było ciemno, a mi było trzeba dobrej przyjaciółki, która przytuli i pocieszy. Już tak dawno nie byłyśmy tak blisko. Brakowało mi jej ciepła.
    -Kayla. Wszystko mi się sypie. Ja chcę już umrzeć. Chcę być w końcu szczęśliwa...- powiedziałam płacząc jej w rękaw.

_____
Od Akwamaryn: Trochę się dzieję i mam nadzieję, że się podoba. U mnie jest tak gorąco, że tylko siedzę i piszę. Ani wyjść na dwór ani ni, bo po prostu można się roztopić. 

sobota, 8 września 2012

[14] - Zobaczysz Matt... Jeszcze nie będę mógł się od niej uwolnić.

Will...
  Oparłem się o ścianę, obserwując wchodzącą Mikayle. Rozglądała się po sali, najprawdopodobniej poszukując mnie wzrokiem. Uśmiechnąłem się do niej, bezdźwięcznie mówiąc "cześć". Jeśli chce ją przekonać, muszę być choć w połowie milszy.
   Spanikowałem, gdy wczoraj zobaczyłem ją u Philla. Gdyby nie ja, właśnie byłaby wywożona z kraju. Niesamowite co może zrobić, byle tylko powiedzieć jakieś durne " dziękuje". Zaimponowała mi, przyznaję. Trzeba być naprawdę głupim, a zarazem odważnym, by samemu pójść do tej dzielnicy. W jej przypadku tylko głupim - mogę się założyć, że ten, kto dał jej adres nie wspomniał, jak bardzo jest tam niebezpiecznie. Szczęściara. Uniknęła śmierci już 2 razy. Pech, że to właśnie dzięki mnie. 
   - Will! - usłyszałem Matta. - Wreszcie się zjawiłeś. Wszystko już załatwione? 
  Kiwnąłem głową, nie odrywając wzroku od Mikayli. Matt idąc za moim spojrzeniem, gwizdnął cicho. 
   - A ona? Pojedzie? 
   Wzruszyłem ramiona, spoglądając na przyjaciela. 
   - Po treningu zamierzam ją gdzieś  zabrać - odpowiedziałem obojętnym tonem. 
   Matt podniósł jedną brew. 
   - Randka z nią? 
   - Jeśli ma ze mną pojechać, musi być ze we zakochana. To anorektyczka i Clarie świetnie o tym wie. A Clarie ma na nią duży wpływ. Umie ją przekonać by wzięła udział w terapii.Weźmie - nie pojedzie. Musi być mi oddana, móc zrobić dla mnie wszystko. Pojadę z nią, albo mogę w ogóle zapomnieć o stażu u Garry`ego. - wyjaśniłem. Żądanie Heatmisha było debilne. Ale rozumiałem jego obawy. W tym zawodzie bulimia i anoreksja to codzienność, zwłaszcza u kobiet. Trzeba  być idiotą, by nie widzieć co się dzieje z Mikaylą. Garry musiał być pewien, że przyjedzie mimo choroby. Podpisze kontrakt, będzie można ją leczyć - wiedząc, że jest już jego. 
    - Zobaczysz Matt... Jeszcze nie będę mógł się od niej uwolnić. - Uśmiechnąłem się, znów patrząc na rozciągającą się szatynkę. - Jak od każdej. 

Mikayla...
  Padałam z sił. Przez 2 dni zjadłam aż połowę sałatki. Czułam się winna, ale coraz ciężej mi się pracowało. Po pół godzinie tańca, musiałam walczyć ze zmęczeniem. Z ogromną ochotą zjedzenia czegoś. Z samą sobą. 
   Ulżyło mi, gdy zobaczyłam Willa opierającego się o ścianie. Nie wyglądał już na tak wściekłego jak wczoraj. Mimo wszystko, bałam się o niego. Pozwolił mi "uciec". Nie wiem czy tamte ćpuny jeszcze o mnie pamiętały - jeśli tak, chyba nie były zadowolone.
   Nie powinnam w ogóle o nim myśleć, o tym co robi i czy ma się dobrze, ale... Martwiłam się. Miejsce w którym go znalazłam... Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę rozmawiać z kimś kto pochodzi z takiej dzielnicy. Zadawałam się z bogaczami - bo sama byłam bogata. Pochodziła z dobrej rodziny, niczego mi nie brakowało. To nie tak, że gardziłam biednymi. Nigdy nie myślałam o nich, jak o czymś gorszym. Lecz ćpuni... Ludzie których wczoraj spotkałam...
    Moje rozmyślania przerwała Camilla, karząca ustawić się do układu. 
  ***
   - I jak? - spytałam Clarie po treningu, po informacji Camilli, że zastąpi ją ktoś inny. 
   - Nijak. Robertowi się podobało. Zresztą jest na mnie nieźle cięty. Zrobi wszystko by tylko nie przyznać mi racji, ale ja wiem swoje. Ona was wykańcza fizycznie. Może chłopaków nie, ale dziewczyny tak. Mam nadzieję, ze spodoba wam się Eva. Długo jej szukałam. - odpowiedziała, otwierając drzwi samochodu. 
    Sięgnęłam do klamki i znieruchomiałam widząc podchodzącego Willa. Spytał czy może ze mną pogadać, patrząc przy tym na Clarie. . Zmarszczyłam brwi, urażona. Od kiedy to Clarie decyduje czy mogę z kimś porozmawiać?
   - Dobra. Tylko masz ją odprowadzić, bo jeszcze mi gdzieś po drodze zemdleje.- powiedziała, po czym zwróciła się do mnie. - Widzimy się w domu. 
    Podniosłam brew do góry. Nie jestem dzieckiem, pomyślałam ze złością. Mogę o sobie decydować. 
   Clarie odjechała, a ja zostałam sama z Willem. Podeszłam bliżej. 
  - Więc...? Powinnam przeprosić za wczoraj? - zapytałam. 
  - Teoretycznie tak. Ale mam dość twoich przeprosin, więc nie. - Uśmiechnął się. Odwzajemniłam. 
   Chwila. 
  - Od kiedy to uśmiechamy się do siebie? 3 dni temu byliśmy wrogami - spytałam, idąc w stronę bramy. 
    Will wzruszył ramionami. 
   - Odkąd uratowałem ci życie. Tak w ogóle... Wiesz, że masz u mnie dwa długi? 
   Podniosłam brwi.  
    - Poradziłabym sobie z karłem i pijanym ćpunami. - rzekłam. 
   - Tak. Karła ze strachu byś osikała, a na pijanych ćpunów byś zwymiotowała. - odpowiedział z przekąsem. 
   Zaśmiałam się, przechodząc przez bramę. 
   - Oni by zemdleli, zanim w ogóle by do nich dotarło, że na nich zwymiotowałam - odparłam. Przez chwilę szliśmy w ciszy. Wreszcie spojrzałam na niego niepewnie i spytałam: - Will... Bierzesz narkotyki? 
   Szatyn zatrzymał się gwałtownie, patrząc na mnie ze zdziwieniem. 
   - Bo kręcę się wśród ćpunów? Nie, oczywiście, że nie. Jak przyszłaś byłem przytomny. - powiedział. 
   - Jeszcze - zauważyłam. 
  Will uśmiechnął się lekko, wsadzając ręce w kieszenie. 
   - Jeśli chcesz się z nimi zadawać, musisz przy nich brać. - odpowiedział, ruszając. Wzrok miał wbity w ziemię. 
   - A ty chcesz? 
   Pokręcił głową. 
   - Ja muszę. - Znów zapanowała cisza, którą ostatecznie przerwał Will. Uśmiechnął się do mnie szeroko, po czym chwycił za rękę, ciągnąc gdzieś.
    - Chodź! - wykrzyknął. - Idziemy do Wesołego Miasteczka! Na kolejkę!
    - Nie jesteśmy za starzy? - odparłam, śmiejąc się.
    - Na to nigdy nie jest się za starym!
   Zaśmiałam się, pozwalając pociągnąć w stronę autobusów. 
    *** 
    Z szerokim uśmiechem, otworzyłam drzwi, po czym zamknęłam opierając się o nie. Chwile tak stałam, wspominając dzisiejszy dzień, by po chwili zawołać:
   - Clarie! Jestem! - Ściągnęłam buty i nieco chwiejnie ruszyłam do kuchni. Po kilku Kolejkach Strachu itp. Will namówił mnie na piwo. Być może trochę przegięłam z alkoholem. 
   Ze śmiechem weszłam do pomieszczenia, przeczesując włosy. 
   - Oj, Clarie, żałuj, że nie... Clarie? - Przestałam się śmiać. Przyjaciółka siedziała przy stole, czytając jakąś gazetę. Z wściekłością ściskała jeden jej róg. Gdy weszłam, spojrzała na mnie z taką złością, jakbym co najmniej zniszczyła połowę domu. Nigdy jej takiej nie widziałam. - Clarie? - powtórzyłam niepewnie.
__________________
  Od Boddie:  Wybacz, Akwamaryn, ale jeśli liczyłaś, że uda mi się coś zrobić z akcją, to muszę cię zawieść - Nie jestem w tym za dobra :D Ale wierzę, że w następnym rozdziale coś wykombinujesz :p. Rozdział średnio mi się podoba... Tak 5/10.. A Wam?

wtorek, 4 września 2012

[13]Nie powinnam odcinać ci drogi do szczęścia. Jeśli to jest to czego pragniesz...

Clarie...
     Jechałam tak szybko jak tylko się dało. Cały czas przekraczałam prędkość i zapewne nie jeden fotoradar strzelił mi zdjęcie.  Kiedy tylko dostałam telefon Kayli myślałam, że umrę ze strachu. Byłam w tej dzielnicy tylko raz i wiedziałam, że nigdy więcej tam nie wrócę. Teraz jednak nie miałam wyboru. Podjechałam pod wskazany adres i zatrzymałam wóz. Mikayla od razu wskoczyła do środka.
    -Co ty tu robiłaś?! Jak dostałam twój telefon myślałam, że dostanę zawału! Zwariowałaś?!- krzyknęłam ruszając już tym razem wolniej.
    -Byłam u Willa. Musiałam mu podziękować.- siedziałam cicho i liczyłam w myślach chcąc się uspokoić. Cudownie. Przyjechała do Willa i to sama jak palec.- Clarie... Zastanawiam się nad wyjazdem do Garry'ego.- cicho westchnęłam. I moje liczenie na nic. Z drugiej strony jednak jakby mi ulżyło. Wiedziałam, że ten temat wróci prędzej czy później.
     -Miki przemyślałam to...- zaczęłam zaciskając ręce na kierownicy i nie spuszczając wzroku z drogi.- Nie powinnam odcinać ci drogi do szczęścia. Jeśli to jest to czego pragniesz... Jedź, ale proszę cię. Zacznij jeść i dbać o siebie bo w takim stanie już długo nie pociągniesz. No i... Chciałabym żebyś poszła na terapię. Jeśli nie zaczniesz z tym walczyć stanie się coś złego.- powiedziałam zatrzymując się na podjeździe.
***
      Zasiadłam za drewnianym stołem w kuchni i włożyłam sobie do ust kolejną kanapkę. Myślałam, że choroba odbierze mi apetyt, ale tak się nie stało.  Mimo mich próśb Mikayla nie chciała zjeść śniadania. Za chwilę miałyśmy wychodzić do pracy, ale chyba chętniej zamknęłabym ją pod kluczę w pokoju pełnym jedzenia.
    -Kayla zaraz wychodzimy!- krzyknęłam i wcisnęłam na siebie moje trampki. Nie miałam dziś zaplanowanych żadnych wywiadów, ale postanowiłam iść na trening tancerzy by podpatrzeć jak ćwiczą.
   -Już idę.- powiedziała Miki wchodząc do holu w w rozciągniętym dresie. Od wczoraj nie poruszałam tematu jej wyjazdu. Mogła zrobić co chciała, a ja nie będę mieć jej tego za złe. Jednak jeśli to doprowadzi ją do jeszcze gorszego stanu nie wybaczę tego sobie.   Wsiadłyśmy do auta i byłyśmy na miejscu po piętnastu minutach. Kayla od razu powędrowała na salę, a ja poczekałam na Roberta w recepcji. Kate znikła gdzieś i byłam całkiem sama. Trening po chwili się zaczął, a ja nadal czekałam. Mieliśmy z Robertem sprawdzić jak radzi sobie  Camilla, ale on jak zwykle spieprzył sprawę. Wstałam i ruszyłam w kierunku sali gdy ktoś zatrzymał mnie i zacisnął rękę na moim nadgarstku.
   -Clarie. Proszę porozmawiaj ze mną.- usłyszałam głos Evana i spróbowałam się wyrwać. Na nic.
   -Puść mnie natychmiast...- wysyczałam i spojrzałam mu w oczy. Widziałam w nich ból i cierpienie, jakby właśnie wędrował po szkle na boso, ale posłusznie mnie zostawił.- Czego chcesz?- spytałam oschle i zrobiłam krok w tył.
    -Przepraszam. Poniosły mnie emocje. Nie wiedziałem, że wszystko słyszałaś. Monic jest przeszłością byłem młody i głupi, ale czy ty byś wybaczyła gdyby twój najlepszy przyjaciel zabił twojego ukochanego?- wzięłam głęboki wdech. Doskonale wiedział, że nie, a ja nie miałam żadnych argumentów.
    -Nie musiałeś go dusić... Może się zmienił? Może jest inny? Pomyśl, że ludzie zmieniają się.- powiedziałam i już otwierałam drzwi, ale Evan znów mnie zatrzymał.
    -Czyli wszystko okey?- spytał posyłając mi swój uśmiech. Odwzajemniłam go i nagle poczułam dłonie chłopaka na swoich biodrach. Nabrałam powietrza w płuca i wstrzymałam oddech oczekując na to co będzie działo się dalej. Czułam na swojej skórze jego ciepły i równy oddech. Jego ręce powędrowały ku górze i zatrzymały się na mojej tali, a oczy przypatrywały mi się z zadowoleniem. Spuściłam wzrok i poczułam, że się dusze. Gdy był tak blisko brakowało mi tchu. Nasze twarze dzieliły milimetry, dosłownie. Nagle rozległ się huk i chciałam odskoczyć, ale dłonie Evana zacisnęły się mocniej na mojej tali i nie pozwoliły mi na to. Ani drgnęłam. Mój oddech uspokoił się i nagle zrobiło mi się gorąco. To był Robert. Stał w drzwiach wejściowych i patrzył na Evana wściekłym wzrokiem.
   -Przypominam, że jesteś w pracy panno Carrot.- powiedział mierząc mnie od stóp do głów. Od kiedy zwracał się do mnie na pani? Raczej uważał mnie za samrkulę.
  -To ty się spóźniałeś. Czekałam na ciebie. Trening zaczął się już dawno.- powiedziałam nadal będąc w objęciach bruneta. Spojrzałam na niego przepraszająco, a ten pocałował mnie w policzek i oddalił się.
   -Wpadnę po południu!- krzyknął jeszcze wychodząc, a potem znikł za drzwiami. Uśmiechnęłam się do siebie i nie zwracając najmniejszej uwagi na mojego szefa weszłam do sali. Usiadłam razem z nim na jednej z ławek i zaczęliśmy przyglądać się tańczącej grupie. Bardziej skupiałam się na tym by patrzeć czy Mikayla przypadkiem się nie przewróciła lub nie zasłabła.
   -Kto to był?- spytał Robert odrywając mój wzrok od przyjaciółki.
   -Evan... Mój przyjaciel, ale co cię to interesuje w ogóle?- powiedziałam zaskoczona i uśmiechnęłam się do dziewczyny, która siedziała z nogą w gipsie na końcu sali. Smutne było to, że nie mogła tańczyć, a Camilla nie zamierzała już jej przyjąć. Chciałam to jakoś zmienić jednak Robert był po jej stronie. Nie zgodził się by przez ten mały wypadek ktoś miał blokować jedno miejsce.
    -Umawiasz się z nim w ciągu pracy, a to raczej kiepski moment na randki, ale skoro to tylko przyjaciel.- powiedział i jego dłoń powędrowała na wewnętrzną część mojego uda. Zamarłam na chwilę w bezruchu, ale po tej krótkiej panice odepchnęłam jego dłoń.
    -Tak to tylko przyjaciel, ale ty nawet nim nie jesteś, więc nie pozwalaj sobie na za wiele szefie.- powiedziałam posyłając mu parszywy uśmieszek. Po jakimś czasie rozległ się głos Camilli, która oznajmiła, że to już koniec zajęć, a przez najbliższy tydzień będą się one odbywać z inną choreografką. Byłam wściekła, że blondynka postanowiła tak nagle wyjechać na wakacje i zostawić na głowie wszystko mi.
    - I jak?- spytała Kayla gdy wychodziliśmy już z budynku. Wzruszyłam tylko ramionami i otworzyłam auto.
    -Nijak. Robertowi się podobało. Zresztą jest na mnie nieźle cięty. Zrobi wszystko by tylko nie przyznać mi racji, ale ja wiem swoje. Ona was wykańcza fizycznie. Może chłopaków nie, ale dziewczyny tak. Mam nadzieję, ze spodoba wam się Eva. Długo jej szukałam.- już chciałam wsiadać do auta kiedy podbiegł do nas Will.
    -Kayla możemy pogadać?- spytał patrząc na mnie znacząco. Zaraz po nim to samo zrobiła Miki.
    -Dobra. Tylko masz ją odprowadzić, bo jeszcze mi gdzieś po drodze zemdleje.- powiedziałam do chłopaka po czym zwróciłam się do Mikayli.- To widzimy się w domu.
_______
Od Akwamaryn: Jest beznadziejny i doskonale o tym wiem. Mi się nie podoba. Pisałam go kompletnie bez pomysłu.  Taki nijaki. Wszystko się wlecze, ale mam nadzieję, zę Boddie trochę rozrusza akcję.