wtorek, 7 sierpnia 2012

[5]Uparta, nie posłuszna i arogancka.

Clarie...
    
     Wysiadłam z auta, które wypożyczyłam i pociągnęłam za sobą Kayle. Ja miałam na sobie kusą sukienkę w niebieskie kwiaty i beżowe szpilki, a ona różową kieckę do połowy ud bez ramiączek i te same szpilki co ja. Kupiłyśmy je na wyprzedaży w tym samym sklepie pierwszego dnia.
   -Boże uśmiechnij się! Przeważnie to ja chodzę smutna i przygnębiona. Co się z tobą dzieje? -spytałam zatroskana. Ostatnio Mikayla dziwnie się zachowywała. Nic nie jadła, mało mówiła, już się nie śmiała tak często
    -Jestem zmęczona tymi ciągłymi treningami to wszystko.- powiedziała po czym blado się uśmiechnęła.
    -Dobra jak chcesz, ale pamiętaj że masz mi mówić wszystko.- powiedziałam i potarłam jej plecy. Weszłyśmy wolnym krokiem do środka skąd już z dużej odległości słychać było muzykę. Nagle podbiegł do nas Evan z ponczem w dłoniach.
     -Witam moje panie!- krzyknął nam nad głowami i przebiegł nas wzrokiem.- Ale się wystroiłyście, a ja w jakichś starych dżinsach.- posłałam mu ciepły uśmiech i rozejrzałam się w koło.
     -Nikogo nie znam...- powiedziałam zawiedziona. Choć może to i lepiej? Większość ludzi których znałam , pracowałam z nimi. Chciałam dziś odpocząć toteż wyłączyłam telefon.
     -Nie martw się. Zaraz poznasz.- upiłam łyk ponczu i poczułam dużo alkoholu. Odkaszlnęłam zaskoczona i spojrzałam an Kayle, która piła bez skrupułów. Ja nie miałam głowy do alkoholu. Kilka drinków i zrobiłabym wszystko co by mi kazali.
     -Mocne co? Sam przyrządzałem.- powiedział i nagle rozległ się huk po drugiej stronie sali.- Muszę sprawdzić...- nim zdążył dokończyć popchnęłam go w kierunku skąd dobiegało łamanie... czegoś i spojrzałam na Kayle.
      -Zostaw to paskudztwo i chodź.- pociągnęłam ją w stronę parkietu.- Masz siły...- usłyszałam czyjś krzyk i tym razem go nie zignorowałam. Razem z Mikaylą ruszyłyśmy w kierunku gdzie już stała grupka ludzi. Przebiłam się przez tłum, a moim oczom ukazało się dwóch facetów  wyzywających się i popychających. Podeszłam bliżej i dostrzegłam, ze jeden z nich  to Evan, a drugi... O dziwo! To był Will! Przecież on nie gustował w takich imprezach. Gdy padł pierwszy cios z strony Willa znieruchomiałam. Nie wiedziałam jak zareagować. Z wargi Evana sączyła się krew, a oczy płonęły czystą nienawiścią.
    -Ej spokój!- wrzasnęłam w końcu i spróbowałam odepchnąć Willa, ten jednak ani drgnął.
    -Spieprzaj!- wrzasnął, a ja poczułam się dziwnie. Dziwnie, bo po raz pierwszy nie miałam nad nim władzy. W towarzystwie Roberta musiał być mi posłuszny, ale tu... Mógł zrobić wszystko.- To nie twoja sprawa głupia dziwko! -krzyczał na mnie. Stałam nie ugięta. Nie takie słowa słyszałam już z ust ludzi w tym mieście.
    - Nie nazywaj jej tak i wynoś się!- krzyknął Evan.- Nigdy ci tego nie wybaczę skurwielu... Pamiętaj o tym! Jesteś nic nie wart! Myśli, że jak zatańczysz coś na parkiecie to jesteś wielki?! Jesteś niczym! Wielkim zerem!- pierwszy raz widziałam Evana takiego wściekłego. Jakby nagle coś w nim drgnęło i wybuchło. Will zamachnął się, by uderzyć bruneta za moimi plecami. Nagle poczułam okropny ból, którego nie dało się opisać. Nie wiedziałam nawet skąd pochodzi i gdzie się kończy. jakby opanował mnie całą. Od stóp do głów. 
     -Ja... Clarie!- usłyszałam krzyk Willa i otworzyłam szeroko oczy. Mimo tego bardzo mało widziałam. Prawie nic. Jakieś zamazane sylwetki. Różowa plama wykłócała się o coś z Wille. To była Mikayla. Po jej tonie głosu wnioskowałam, ze zaraz się popłacze. Chciałam powiedzieć, ze wszystko gra, że nic mi nie jest, ale nie miałam siły. Przewróciła bym się, ale Evan mnie złapał.
   -Boże ona krwawi!- tylko tyle udało mi się wyrwać z szumu jaki w koło panował. Oczy nadal miałam szeroko otwarte, a może tak mi się tylko zdawało? Na chwile obraz się wyostrzył i rozpoznałam Evana. Jego czekoladowe oczy przyglądały mi się z strachem, a usta układały się jakby coś mówiły, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.

Kilka godzin później:
Poczułam czyjeś opuszki palców na swoim policzku, a po chwili mocny uścisk na mojej dłoni. Usłyszałam cichy szloch i od razu wiedziałam, że to Kayla. Tylko ona potrafiła tak płakać.
  Kayla nie płacz. Przecież wszystko jest w porządku- powiedziałam, albo raczej wydawało mi się, że powiedziałam.  Nagle ktoś wszedł do pomieszczenia cicho zamykając drzwi. Nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi na to co słyszałam, ale teraz gdy nie miałam wzroku wszystko się zmieniło. Po chwili rozległy się ciężkie kroki należące do jakiegoś mężczyzny. Gdy dopiero odezwał się rozpoznałam czyj to głos.
  -Białaczka...- powiedział Evan.  Nic z tego nie rozumiałam. Miakyla jeszcze bardziej się rozkleiła, a ja widziałam tę scenę oczyma wyobraźni. Evan stał po prawej stronie łóżka, bo od tej strony dobiegał jego głos. Mikayla siedziała po mojej lewej i ściskając moją dłoń głośno płakała.
   -Ale przecież... Jak to możliwe?... On ją uderzył! Przecież tak nie da się wywołać białaczki!- wydukała pomiędzy szlochami.
    -Lekarze mówią, że gdyby zgłosiła się na badania wykryto by to wcześniej.- odezwał się Evan, a zaraz dodał.- Kayla... Mogłabyś zostawić nas samych?- NAS. Jak to pięknie brzmiało. Czyli jeszcze nie uważa, że umarłam. Tylko czemu nie mogę otworzyć oczu, czemu nie mogę zapłakać chodź bardzo chcę. Uścisk na mojej lewej dłoni zelżał, a po chwili całkowicie znikł. Miki wyszła z sali zamykając drzwi tak samo jak wcześniej Evan. Cicho i bezszelestnie, jakby bała się, że mnie zbudzi.
    Evan proszę cię... Ja tu jestem do cholery! Żyję!- wrzasnęłam na niego i poczułam jak jego palce dotykają pierw mojego policzka, potem ust, ramion, dekoltu, a na końcu jego usta zetknęły się z moim czołem. Cieszyłam się, że nie jestem sama, że mimo iż znam go tak krótko jest przy mnie i razem z Kaylą wspiera mnie.
    -Wszystko będzie dobrze... Zobaczysz, wyzdrowiejesz. Dasz radę. Jesteś silna i dzielna. Masz nas.- zaczęłam krzyczeć na siebie w swoim wnętrzu gdy Evan wymówił te słowa. Chciałam go przytulić, powiedzieć, ze wszystko okey, ale nie mogłam. Byłam na siebie wściekła i dlatego wrzeszczałam. Nagle ktoś wszedł do pomieszczenia. Tym razem zamykanie drzwi było głośniejsze, a kroki jeszcze cięższe.
     -Jak mogłeś jej to zrobić...- powiedział Evan drżącym głosem.- Chcesz mi jeszcze ją odebrać?!- wrzasnął na niego.
     -Zrozum nie chciałem... Nic nie poradzę, że się wpieprzyła nie w swoje sprawy, ale ona zawsze taka była. Uparta, nie posłuszna i arogancka. Dzięki mnie w ogóle wiecie, że coś jej jest.- Will. Tak to był on.
     -Zamknij się...-wysyczał Evan. Widać było, że nie chce głośno mówić, albo raczej było to słychać.- Nie pozwolę ci odebrać mi jeszcze jej. Trzymaj się od niej z daleka. Monic to tylko i wyłącznie twoja wina. Ty ją zabiłeś, a teraz o mały włos nie zabiłeś Clarie. Nie pozwolę ci na to. Choć bym miał wyzionąć ducha... Choć ębym miał zabić cię gołymi rękoma.... Nie pozwolę byś ją skrzywdził i byś skrzywdził Kayle.- uśmiechnęłam się do siebie na te słowa. Ale jak to Kayle? Przecież... No tak. Will za nią nie przepadał.
      -Ta nowa w ogóle mnie nie interesuje. Zwykła szmata, która zawdzięcza wszystko swojej przyjaciółce.- wzięłam głęboki wdech. Tak, ja wzięłam wdech na tyle głęboki, by oni zauważyli, że tu w ogóle jestem.
      -Clarie...- Evan złapał mnie za rękę i pocałował ją.- Daj jakiś znak, że nas słyszysz...
      -Jesteś żałosny. Przecież ona jest w śpiączce. Wtedy nic się nie słyszy idioto. Spadam.- powiedział Will po czym zamknął drzwi z hukiem. Dopiero teraz dotarło do mnie co powiedział Evan. A powiedział, że Will zabił człowieka. Zabił Monic. Kto by pomyślał, że to się tak potoczy? Że usłyszę tyle ciekawych rzeczy w śpiączce.
______
Od Akwamaryn: Miał być długi i jest. Dużo się dzieje, a tym rozdziałem zapewniłam sobie już pomysł na kolejne kilka. Teraz przez jakiś czas Clarie będzie w śpiączce i będzie wyłącznie słyszała. Nie wiem ile to potrwa. Muszę to ustalić z Boddie.

1 komentarz:

  1. Rozdział mnie tak zaskoczył ,że...po prostu mam ochotę cię zabić !
    Śpiączka ?!
    Świetny pomysł :) Wiedziałam ,że mnie jeszcze zaskoczysz :) I to w takim momencie :)
    Czekam na rozdział Boddie :*

    OdpowiedzUsuń