piątek, 17 sierpnia 2012

[8] - Uwierz mi. Zaufaj mi. Kochasz mnie.

Mikayla...

    Zamrugałam powiekami próbując przyzwyczaić się do światła. Jęknęłam i zasłoniłam dłońmi oczy. Przewróciłam się na bok, chwytając poduszkę. Zaraz jednak wylądowałam za ziemi. Poduszka została mi wyrwana, a następnie rzucona we mnie. Odgarnęłam z twarzy włosy i podparłam się na łokciach. Westchnęłam widząc wściekłą twarz Clarie. Potarłam czoło dłonią i spróbowałam się uśmiechnąć. Dopiero po chwili dotarło do mnie jak się tu znalazłam.
  Dłoń machinalnie powędrowała do ust, a następnie do brzucha.  Już po mnie, pomyślałam z rozpaczą.
  - Dobra! Koniec tego dobrego! Wróciłam i doprowadzę cię do porządku, a teraz gadaj! Czemu nic nie jesz?! - wybuchła wściekła Clarie.
    Skłam... To nie jej interes, ona chce cię tylko utuczyć... Zawsze uważała, że jesteś lepsza i ładniejsza, więc teraz pragnie byś była jak najgrubsza...
  Zacisnęłam usta i wstałam.
   - Jem! Aż za dużo!
  Clarie prychnęła.
   - Akurat! Wyglądasz jak kościotrup, nie widzisz tego?! Dążysz do samozagłady! Zabijasz się! - wykrzyknęła blondynka.
    Nie prawda... To nie jest twoja przyjaciółka, ja nią jestem. Ona nie dba o to, że możesz nie zrobić kariery tancerki. Ja dbam. Ja się staram. Ja nad tobą czuwam. 
   - Tancerka powinna być szczupła, a nie tak otyła jak ja! - wrzasnęłam. - Wiem co robię i co jest dla mnie odpowiednie! Nie wtrącaj się, zajmij się sobą! To moje życie i nie wpieprzaj się w nie! Widzę czy mam jeszcze schudnąć czy jestem już wystarczająco dobra! Umiem o siebie zadbać, więc daj mi spokój! To, że ja chcę coś osiągnąć w życiu, a ty gówno robisz to wyłącznie twój problem! Nie jesteś mi potrzebna, nikt nie jest! Ani ty ani twoje pieniądze - nic! Jesteś dla mnie ZEREM!
   Clarie cofnęła się o krok, spoglądając na mnie z niedowierzaniem. Pokręciła głową, dociskając dłoń do ust. Jeszcze nigdy na nią tak nie nawrzeszczałam. Ba, ja jeszcze nigdy na nią w ogóle nie wrzasnęłam. Jeszcze nigdy jej czegoś takiego nie powiedziałam. Nie sądziłam nawet, że mogę zrobić coś takiego. Już otworzyłam usta, by przeprosić, by wyjaśnić jej to, a potem przeprosić, kiedy Ana odezwała się:
   Zostaw ją. Prosiła się o to. Nie chciałaś, ale musiałaś. To twoje życie, ty wiesz co dla ciebie najlepsze. Ona... Chce cię zniszczyć. Uwierz mi. Zaufaj mi. Kochasz mnie. 
    Spuściłam wzrok, biorąc głęboki oddech. Nie patrząc na przyjaciółkę ominęłam ją i wbiegłam po schodach. Zatrzasnęłam za sobą drzwi,  pozwalając wypłynąć łzom. Zjechałam po ścianie na ziemię i podkuliwszy pod siebie kolana, załkałam cicho. Nie chciałam jej zranić. Nie aż tak. I ten jej wzrok...
   Zasłużyła sobie. Nie płacz. Czy ja cię kiedyś doprowadziłam do łez? Nie. Ja jestem dla ciebie dobra. Ja jestem twoją przyjaciółką. Nie ona. Ja. 
  Pokiwałam głową, wsłuchując się w Anę.
  Ona jest moją przyjaciółką. Nie Clarie. Ona.
  Oparłam podbródek na kolanach i wspomnieniami wróciłam do dnia w którym odbywała się charytatywna impreza....

Dwa miesiące wcześniej...

    Wyjrzałam zza kurtyny na widownię. Wszystkie miejsca były zajęte. Będzie nas oglądało niemal 1000 ludzi, uświadomiłam sobie z przerażeniem. Odwróciłam się dotykając dłonią brzucha.
   Widzisz? Tyle ludzi... I wszystkie spojrzenia na ciebie - najgrubszą na sali.
    Przełknęłam ślinę. Dali nam specjalne stroje do układu. - Czerwono - czarne spodnie Alladynki oraz bluzkę nad pępek z długimi rękawami i kapturem. Mój brzuch był na wierzchu. Niemal widziałam wylewające się spod bluzki fałdy tłuszczu. I ten śmiech... Kiedy wyjdę...
   Moje rozmyślania przerwał ostry głos Camilli nakazujący mi się przygotować. Stanęłam między Mattem a Willem w odpowiedniej pozie. Po chwili pojawił się Robert z mikrofonem. Rozległy się pierwsze tony muzyki, kurtyna poszła w górę. My zaczęliśmy tańczyć, Robert śpiewać.
  Próbowałam się skupić na muzyce, na krokach. Uważałam by nie zgubić rytmu. Przychodziło mi to jednak z trudem. Wszędzie widziałam roześmiane twarze... Ludzie pokazywali na mnie palcem, śmiali się... Albo pogardliwe patrzyli... Zbierało mi się na płacz, czułam jak mną gardzą, jak gardzą moją tuszą... *
  Ledwo dotrwałam do końca. Po zakończeniu całego pokazu szybko skierowałam się w stronę łazienki. Nie dane było mi jednak do niej dojść.
  - Ach, panna Edwrads! Witam, witam gorąco! - usłyszałam męski głos. Podniosłam głowę i zaniemówiłam. Przede mną stał nie kto inny a Garry Heatmish! Znany choreograf, gwiazdy wręcz biły się o niego.
   Poruszyłam ustami, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Uśmiechnęłam się niepewnie, a on odwzajemnił. Nie wiem ile byśmy tak tam stali, gdyby nie Will.
  - Witam cię, Garry! - zawołał, ściskając dłoń mężczyzny.
  Otworzyłam usta ze zdziwienia, słysząc jak woła do niego "Garry".  Ja nawet z Camillą nie byłam na Ty!
  - Witaj, Will! Jak tam? Widzę, że do waszego zespołu dołączyła nowa, świetna tancerka? - zapytał z uśmiechem Garry. Zarumieniłam się.
   - Owszem. To Mikayla Edwards. Jest u nas od tygodnia. - odparł Will siląc się na miły ton.
   - Dopiero od tygodnia? I już tutaj występuje? Choć nie dziwię się Camilli, naprawdę jest cudowna. - Garry pokiwał głową patrząc na mnie w zamyśleniu. Zaraz jednak uśmiechnął się z powrotem do Willa i obejmując go ramieniem, pociągnął dalej.
   Odetchnęłam z ulgą. Nie mogłam uwierzyć, że spotkałam właśnie JEGO, lecz mimo wszystko wprawiał mnie w zakłopotanie.
 
 Wracamy do teraźniejszości...

   Uśmiechnęłam się do siebie, po czym podpełzłam do szuflady na bieliznę. Odgarnęłam na bok staniki, skarpetki, rajtuzy i inne, by następnie wyciągnąć spod nich list. Uśmiechnęłam się do siebie, zagryzając dolną wargę.
   " Od: Garry Heatmish
             Paryż, ul. Napoleona 566
             Paryż 68-980 "
______________________
 * By nie było niejasności - Tak naprawdę nikt się z niej nie śmiał ani nic... To przez Anę tak wszystko postrzegała.
Od Boddie: Wiem, wiem. Nudny jak nie wiem. Więc naprawdę podziwiam was, że dotarliście do końca o.O Postaram się by następny, który będę pisała był trochę ciekawszy :) Przepraszam was :<     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz