środa, 29 sierpnia 2012

[11] - Boisz się, że pójdzie w ślady Monic?

Clarie...
    Wyjrzałam przez obrotowe drzwi i zerknęłam na śpiącą Kayle. Widok Will zdenerwował nie tylko mnie, ale i Evana, ale to co stało się potem przekroczyło granice moich wytrzymałości. Dobrze, że Mikayla tego nie widziała, ja też wolałabym nie widzieć. Wróciłam do kuchni i usiadłam na drugim końcu stołu, jak najdalej od Evana. Cała ta piękna sytuacja w parku nagle uciekła mi z pamięci i wróciło tylko to jak Evan dusi Willa. 
    -Całkiem odebrało ci rozum?! Jak mogłeś chcieć go udusić!- wrzasnęłam całkiem zapominając o śpiącej przyjaciółce.- Wiesz, że może iść na policje?- spytałam ciszej. Jakby go zabił pod moim dachem to bym go chyba powiesiła za jaja.
     -Chciał zabić Mikayle, a potem udawał wielkodusznego, a ty mu uwierzyłaś? Jesteś aż tak naiwna?- posłałam mu wściekłe spojrzenie u rzuciłam w niego ścierką.
     -Nie jestem naiwna! Po co miałby ją ratować gdyby chciał ja zabić? To się nie trzyma kupy, a nawet jeśli chciał ją zabić... Nie musiałeś rzucać się na niego!- powiedziałam znów ciut za głośno.- Gdyby się tu nie zjawił, ona by się wykrwawiła, a ty co? Boisz się, że pójdzie w ślady Monic?- ugryzłam się w język, ale powinnam zrobić to szybciej. Teraz nie było odwrotu. Powiedziałam i koniec.
     -Skąd wiesz o Monic?!- wrzasnął na mnie Evan dociskając mnie z całej siły do ściany. Jęknęłam z bólu. Był na prawdę silny, a kiedy złościł się nie panował nad sobą. Dało się to już zauważyć. 
     -Słyszałam jak byłam w śpiączce... Wszystko słyszałam. Proszę puść... To boli.- powiedziałam, ale ona ni drgnął. Zagryzłam dolną wargę powstrzymując napływające mi do oczu łzy.
      -Jak to słyszałaś?! Podsłuchiwałaś mnie?!- jego głos wydał mi się wtedy taki obcy i chłodny. Jakby wstąpiła w niego nienawiść.  Wzięłam głęboki wdech i poczułam jak brakuje mi tchu, jak robi mi się słabo i gorąco.
      -Nie podsłuchiwałam. Nie miałam wyjścia. Co miałam zrobić?! Odciąć sobie uszy?!- wrzasnęłam ostatkiem sił, a po moich policzkach spłynęły łzy. Evan puścił mnie, a ja zsunęłam się po ścianie i usiadłam na ziemi. Zapragnęłam znowu pojawić się w parku pod drzewem.
      -Słyszałaś co mówiłem do ciebie? Jak ci opowiadałem? Czułaś?- spytałstojąc do mnie tyłem. Podkuliłam kolana aż pod brodę i zaciągnęłam się szlochem.
      -Tak! Wtedy wydawałeś się być inny!- podniosłam się i zdenerwowana wybiegłam z kuchni. Gdy stałam już przy drzwiach łazienki obróciłam się i spojrzałam mu w oczy.- Myliłam się! Ty też żyjesz przeszłością o której ja chcę zapomnieć.- powiedziałam i wbiegłam do łazienki trzaskając drzwiami. Wiedziałam, że obudziłam Kayle bo po chwili waliła pięściami w drzwi. Dziwiłam się, że ma jeszcze na to siły.


Od Akwamaryn: Krótki i nudny za co przepraszam, ale nie miałam weny. Jestem zielona w kwestii białaczki i dopiero niedawno przeczytałam na czym polega chemioterapia.

sobota, 25 sierpnia 2012

[10] - Kłamie, próbuje cię zniszczyć. Wszyscy próbują. Masz tylko mnie.

Mikayla...
    Oparłam czoło o lustro i zamknęłam oczy. Dłonie położyłam na brzuchu, zataczając nimi kręgi. 
     Ona kłamie... Nie wierz jej. Kłamie, próbuje cię zniszczyć. Wszyscy próbują. Masz tylko mnie. Wierz, że chcę twojego dobra. Zależy mi na tobie. Zrobię wszystko by ci pomóc, wiesz to, prawda? 
   Kiwnęłam głową. 
   - Wiem.. - szepnęłam ledwo słyszalnym głosem. 
    Otworzyłam oczy, opierając się teraz plecami o zimne lustro. Obraz mi się zamazywał, świat wirował. Czułam się jak na karuzeli. Karuzeli tortur. Wszystko mnie bolało, utrzymanie równowagi sprawiało trudność. Ciężko było na czymkolwiek skupić wzrok... 
   Wzięłam głęboki oddech i zmrużyłam oczy. 
   Nożyczki. Małe, metalowe nożyczki. I plama. 
   Zacisnęłam zęby i chwiejnie ruszyłam w stronę półeczki na której, jak mi się zdawało właśnie je widziałam. Nagle karuzela zmieniła kierunek. Uderzyłam w coś głową i dłonią. Zimne w dotyku... Chyba metalowe. Usiadłam na ziemi , chwyciwszy z całej siły ową rzecz. Coś spłynęło mi na dłoń. Coś ciepłego. Najprawdopodobniej czerwone. Kropla. I druga. Och... To coś leje się z mojej głowy... Podniosłam rękę i dotknęłam czoła. Rzeczywiście... Czerwony... Dużo czerwonego. 
  Jęknęłam i oparłam się o ścianę. Co ja trzymam w ręce? Nie pamiętam. Co miałam z tym zrobić? Nie wiem. Ale ten kolor... Zabarwia wszystko. Wszystko jest czerwone. To źle? 
   Jakiś odgłos. Czyiś głos. Jakieś słowa. Jakiś huk. Ale mi gorąco... I.. Czuje się taka zmęczona... Nic... Nic się nie stanie... 
   Czerwony kolor zastąpił czarny. 
    ***
   Jęknęłam i spróbowałam się obrócić. Na marne. Coś.. Jakaś siła przytrzymywała mnie, nie pozwalając na jakikolwiek ruch. Zacisnęłam powieki. Moja głowa... Boże, jak boli. Jakby ktoś zrzucił na mnie stos kamieni. 
   Co się stało? 
   Zacisnęłam powieki, po czym rozluźniłam. Spróbowałam otworzyć oczy, jednak oślepiający blask nakazał mi od razu je zamknąć. Gdzieś z oddali dobiegł mnie jakiś głos. Nie miałam sił odpowiedzieć. I inny głos. Znajomy, nie potrafiłam go jednak zidentyfikować. Jeszcze inny. Głos.. Pełen złości, gniewu.. Kłótnia. 
  Jęknęłam. Znów spróbowałam się poruszyć i po raz kolejny spotkało się to z porażką. Zamrugałam. Widziałam już więcej kształtów.
   Boże, moja głowa...
  ***
  Ziewnęłam i poprawiłam się na.. Nie wiem na czym.
  Gwałtownie otworzyłam oczy. Rozejrzałam się wokół. Leżałam na kanapie w salonie. Z kuchni dochodziły jakieś głosy... Rozpoznałam w nich Clarie i Evana. Kłócili się. 
   Przewróciłam się na plecy - do tej pory leżałam na boku. 
   Co się stało? Nie mogłam sobie przypomnieć. Najpierw stałam przed lustrem, a teraz leżę tu. Dotknęłam dłonią czoła i znieruchomiałam. Czy to bandaż? Podniosłam druga dłoń. Chwila.
   Prawa ręką również była owinięta bandażem. O co tu chodzi? 
  Spróbowałam wstać, zaraz jednak dostałam zawrotów głowy. Chyba jednak poleżę.. Przymknęłam oczy i spróbowałam przypomnieć sobie zdarzenia z... Nim straciłam przytomność. 
   Jednakże po chwili zasnęłam. 
_________________________
Od Boddie:  Nie ma tu w ogóle dialogów nie licząc krótkiego "wiem"... Bez dialogów to wszystko jest jeszcze bardziej nudne... Wybaczcie, że takie krótkie... Nie chciałam tego ciągnąć, a znów nie będę po stokroć razy pisała, że straciła przytomność... Mi się podoba, to chyba jeden z najlepszych :D A Wam?

wtorek, 21 sierpnia 2012

[9]- I tak w ogóle... Jesteś świetnym pocieszycielem.

Clarie...
   Stałam jak wryta patrząc w miejsce gdzie przed chwilą jeszcze stałą Miki. Nie mogłam uwierzyć, że to powiedziała, że krzyknęła na mnie. Uważałam ją za prawdziwą przyjaciółkę, a ona tak po prostu powiedziała mi, że nic dla niej nie znaczę. Do oczu napłynęły mi łzy. Chciałam wejść do jej pokoju i dać jej w twarz mówiąc przy tym, że mam dość jej egoistycznego zachowania, ale powstrzymał mnie fakt, że mogę się przy tym rozkleić jak dziecko. Wyszłam z domu trzaskając drzwiami i ruszyłam w kierunku parku. Chciałam pomyśleć, ochłonąć i zobaczyć wszystko na spokojnie. Nie mogłam reagować pod wpływem impulsu, a poza tym od nerwów bolało mnie serce i głowa. Ta białaczka to było coś okropnego. Ledwo chodziła, a kiedy biegałam musiałam przystopować po kilku minutach truchciku. Chciałam znów biegać jak kiedyś. Wykończona marszem usiadłam pod jednym z drzew. Zamknęłam oczy i wciągnęłam powietrze w płuca. Pachniało jesienią, która zbliżała się do nas powoli i mozolnie. Podkuliłam kolana pod brodę i wzięłam kilka głębokich wdechów zanosząc się płaczem. Po moich policzkach zaczęły cieknąć łzy, a za mną usłyszałam ciężkie kroki. Ani drgnęłam. Nie obchodziło mnie czy ktoś mnie śledził, czy ktoś mnie zgwałci, czy mnie porwie. Było mi to obojętne. Jeszcze raz wzięłam głęboki wdech i wyczułam znany mi zapach. Ten kto tu szedł był mi bliski i to bardzo. Sama nie wiem czego od niego oczekiwałam, ale było mi w jego towarzystwie dobrze. Był jak... Jak brat, choć może to złe porównanie. Może bardziej jak przyjaciel, który może przytulić w każdej chwili, pomóc i pocałować w czoło mówiąc, ze przecież może być gorzej.
   Ktoś usiadł obok mnie dłonią ocierając mi policzki z łez. Poprawiłam po nim po czym blado się uśmiechnęłam. Chyba zasługiwałam na trochę czułości. Nie zwracając uwagi na mijających nas ludzi wtuliłam się w tors Evana zanosząc się płaczem. Tak dawno nie było mi tak źle. No w końcu, pierwszy raz w życiu usłyszałam że jestem zerem i nikim.
   -Oj nie płacz. Ona nie jest warta twoich łez.- powiedział chłopak głaszcząc mnie po głowie. Wzięłam kilka głębokich wdechów po czym odsunęłam go od siebie.
   -Jeśli już, to ona jest właśnie ich najbardziej warta. Jest dla mnie jak siostra. Nie mogę jej stracić. Evan...- zaczęłam opierając się o drzewo i patrząc gdzieś w niebo. Było takie czyste i jasne jak nigdy. Ani jednej chmurki.- Czy ja jestem zerem?- spytałam, a chłopak tylko cicho się zaśmiał po czym powiedział całkowicie poważnie. 
   -Czy jesteś serem? Nie sądzę. Byłabyś żółta i miała dziury. Nie myślę, że nie jesteś serem.- cicho się zaśmiałam rzucając w niego trawą, którą przed chwilą wyrwałam. Chłopak wytknął mi język po czym przyparł mnie do drzewa.
   -Mówię poważnie.- odpowiedziałam unikając jego wzroku. W końcu jednak nasze spojrzenia skrzyżowały się.
   -Nie. Jak możesz tak myśleć. Jesteś piękna, inteligentna i kochana. Jesteś ideałem kobiety. No może prócz tych wielkich dłoni.- powiedział patrząc na moje ręce. Posłałam mu groźne spojrzenie po czym razem padliśmy na ziemię śmiejąc się.
   -Na serio mam wielkie dłonie?- spytałam leżąc na trawie i patrząc na swoje ręce. Nie wydawały się być duże. 
   -Daj.- powiedział przykładając swoje ręce do moich po czym splatając palce. - Myślę, ze w porównaniu do moich są zgrabne i drobne. W sam raz.- dodał bawiąc się moim palcem. Odchrząknęłam cicho wstając.
   -Wracajmy. Musze sprawdzić co z Mikaylą.- powiedziałam patrząc na chłopaka z wielkim uśmiechem na twarzy.- I tak w ogóle... Jesteś świetnym pocieszycielem.

____
Od Akwamaryn: Jest krótki, ale po prostu musiał taki być. Nie jest zły i trochę na słodziłam, ale teraz... Jestem wkurzona! Tak, wkurzona że aż chciałam wyrzucić w pierwszym odruchu komputer za okno! Tak! Ten rozdział piszę po raz drugi, a dlaczego? Bo pierwszy usunął się. Blogger sobie u mnie grabi i to już jest druga taka akcja. Jeszcze jedna i skoczę normalnie z mostu. Nie wiem co się w ogóle dzieje, ale mam tego serdecznie dość.Z jednej strony myślę, że wyszedł lepiej niż poprzedni, chodź nie mam pojęcia co w nim było bo dopiero dziś zauważyłam żę go nie ma, a pisałam go bardzo dawno temu, a z drugiej chcę się powiesić za to, ze musiałam pisać po raz kolejny. Wiecie co jest jeszcze wkurzające? Że to moje rozdziały zawsze się usuwają, a ja bym chętnie po prostu rozwaliła komputer młotkiem. Nawet gdybym musiała zbierać na kolejny wiele lata. Dobra... Rozpisałam się jak nic, ale musiałam gdzieś wyładować złość na tego popieprzonego bloggera. Uch... Dobra to na tyle.

piątek, 17 sierpnia 2012

[8] - Uwierz mi. Zaufaj mi. Kochasz mnie.

Mikayla...

    Zamrugałam powiekami próbując przyzwyczaić się do światła. Jęknęłam i zasłoniłam dłońmi oczy. Przewróciłam się na bok, chwytając poduszkę. Zaraz jednak wylądowałam za ziemi. Poduszka została mi wyrwana, a następnie rzucona we mnie. Odgarnęłam z twarzy włosy i podparłam się na łokciach. Westchnęłam widząc wściekłą twarz Clarie. Potarłam czoło dłonią i spróbowałam się uśmiechnąć. Dopiero po chwili dotarło do mnie jak się tu znalazłam.
  Dłoń machinalnie powędrowała do ust, a następnie do brzucha.  Już po mnie, pomyślałam z rozpaczą.
  - Dobra! Koniec tego dobrego! Wróciłam i doprowadzę cię do porządku, a teraz gadaj! Czemu nic nie jesz?! - wybuchła wściekła Clarie.
    Skłam... To nie jej interes, ona chce cię tylko utuczyć... Zawsze uważała, że jesteś lepsza i ładniejsza, więc teraz pragnie byś była jak najgrubsza...
  Zacisnęłam usta i wstałam.
   - Jem! Aż za dużo!
  Clarie prychnęła.
   - Akurat! Wyglądasz jak kościotrup, nie widzisz tego?! Dążysz do samozagłady! Zabijasz się! - wykrzyknęła blondynka.
    Nie prawda... To nie jest twoja przyjaciółka, ja nią jestem. Ona nie dba o to, że możesz nie zrobić kariery tancerki. Ja dbam. Ja się staram. Ja nad tobą czuwam. 
   - Tancerka powinna być szczupła, a nie tak otyła jak ja! - wrzasnęłam. - Wiem co robię i co jest dla mnie odpowiednie! Nie wtrącaj się, zajmij się sobą! To moje życie i nie wpieprzaj się w nie! Widzę czy mam jeszcze schudnąć czy jestem już wystarczająco dobra! Umiem o siebie zadbać, więc daj mi spokój! To, że ja chcę coś osiągnąć w życiu, a ty gówno robisz to wyłącznie twój problem! Nie jesteś mi potrzebna, nikt nie jest! Ani ty ani twoje pieniądze - nic! Jesteś dla mnie ZEREM!
   Clarie cofnęła się o krok, spoglądając na mnie z niedowierzaniem. Pokręciła głową, dociskając dłoń do ust. Jeszcze nigdy na nią tak nie nawrzeszczałam. Ba, ja jeszcze nigdy na nią w ogóle nie wrzasnęłam. Jeszcze nigdy jej czegoś takiego nie powiedziałam. Nie sądziłam nawet, że mogę zrobić coś takiego. Już otworzyłam usta, by przeprosić, by wyjaśnić jej to, a potem przeprosić, kiedy Ana odezwała się:
   Zostaw ją. Prosiła się o to. Nie chciałaś, ale musiałaś. To twoje życie, ty wiesz co dla ciebie najlepsze. Ona... Chce cię zniszczyć. Uwierz mi. Zaufaj mi. Kochasz mnie. 
    Spuściłam wzrok, biorąc głęboki oddech. Nie patrząc na przyjaciółkę ominęłam ją i wbiegłam po schodach. Zatrzasnęłam za sobą drzwi,  pozwalając wypłynąć łzom. Zjechałam po ścianie na ziemię i podkuliwszy pod siebie kolana, załkałam cicho. Nie chciałam jej zranić. Nie aż tak. I ten jej wzrok...
   Zasłużyła sobie. Nie płacz. Czy ja cię kiedyś doprowadziłam do łez? Nie. Ja jestem dla ciebie dobra. Ja jestem twoją przyjaciółką. Nie ona. Ja. 
  Pokiwałam głową, wsłuchując się w Anę.
  Ona jest moją przyjaciółką. Nie Clarie. Ona.
  Oparłam podbródek na kolanach i wspomnieniami wróciłam do dnia w którym odbywała się charytatywna impreza....

Dwa miesiące wcześniej...

    Wyjrzałam zza kurtyny na widownię. Wszystkie miejsca były zajęte. Będzie nas oglądało niemal 1000 ludzi, uświadomiłam sobie z przerażeniem. Odwróciłam się dotykając dłonią brzucha.
   Widzisz? Tyle ludzi... I wszystkie spojrzenia na ciebie - najgrubszą na sali.
    Przełknęłam ślinę. Dali nam specjalne stroje do układu. - Czerwono - czarne spodnie Alladynki oraz bluzkę nad pępek z długimi rękawami i kapturem. Mój brzuch był na wierzchu. Niemal widziałam wylewające się spod bluzki fałdy tłuszczu. I ten śmiech... Kiedy wyjdę...
   Moje rozmyślania przerwał ostry głos Camilli nakazujący mi się przygotować. Stanęłam między Mattem a Willem w odpowiedniej pozie. Po chwili pojawił się Robert z mikrofonem. Rozległy się pierwsze tony muzyki, kurtyna poszła w górę. My zaczęliśmy tańczyć, Robert śpiewać.
  Próbowałam się skupić na muzyce, na krokach. Uważałam by nie zgubić rytmu. Przychodziło mi to jednak z trudem. Wszędzie widziałam roześmiane twarze... Ludzie pokazywali na mnie palcem, śmiali się... Albo pogardliwe patrzyli... Zbierało mi się na płacz, czułam jak mną gardzą, jak gardzą moją tuszą... *
  Ledwo dotrwałam do końca. Po zakończeniu całego pokazu szybko skierowałam się w stronę łazienki. Nie dane było mi jednak do niej dojść.
  - Ach, panna Edwrads! Witam, witam gorąco! - usłyszałam męski głos. Podniosłam głowę i zaniemówiłam. Przede mną stał nie kto inny a Garry Heatmish! Znany choreograf, gwiazdy wręcz biły się o niego.
   Poruszyłam ustami, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Uśmiechnęłam się niepewnie, a on odwzajemnił. Nie wiem ile byśmy tak tam stali, gdyby nie Will.
  - Witam cię, Garry! - zawołał, ściskając dłoń mężczyzny.
  Otworzyłam usta ze zdziwienia, słysząc jak woła do niego "Garry".  Ja nawet z Camillą nie byłam na Ty!
  - Witaj, Will! Jak tam? Widzę, że do waszego zespołu dołączyła nowa, świetna tancerka? - zapytał z uśmiechem Garry. Zarumieniłam się.
   - Owszem. To Mikayla Edwards. Jest u nas od tygodnia. - odparł Will siląc się na miły ton.
   - Dopiero od tygodnia? I już tutaj występuje? Choć nie dziwię się Camilli, naprawdę jest cudowna. - Garry pokiwał głową patrząc na mnie w zamyśleniu. Zaraz jednak uśmiechnął się z powrotem do Willa i obejmując go ramieniem, pociągnął dalej.
   Odetchnęłam z ulgą. Nie mogłam uwierzyć, że spotkałam właśnie JEGO, lecz mimo wszystko wprawiał mnie w zakłopotanie.
 
 Wracamy do teraźniejszości...

   Uśmiechnęłam się do siebie, po czym podpełzłam do szuflady na bieliznę. Odgarnęłam na bok staniki, skarpetki, rajtuzy i inne, by następnie wyciągnąć spod nich list. Uśmiechnęłam się do siebie, zagryzając dolną wargę.
   " Od: Garry Heatmish
             Paryż, ul. Napoleona 566
             Paryż 68-980 "
______________________
 * By nie było niejasności - Tak naprawdę nikt się z niej nie śmiał ani nic... To przez Anę tak wszystko postrzegała.
Od Boddie: Wiem, wiem. Nudny jak nie wiem. Więc naprawdę podziwiam was, że dotarliście do końca o.O Postaram się by następny, który będę pisała był trochę ciekawszy :) Przepraszam was :<     

czwartek, 16 sierpnia 2012

[7]-Pieprzony Will, pieprzona białaczka!

Clarie...
        Nie wiem już ile czasu minęło. Podejrzewałam, że w czasie kiedy byłam sama panowała noc, ale nie mogłam być tego pewna. Coraz bardziej bałam się o Kayle. Z każdym dniem jej uścisk był coraz lżejszy. Przychodziła tylko na może godzinę i znikała. Chciałam się w końcu obudzić by móc zobaczyć jak wygląda. Musiałam jej jakoś pomóc, ale głos w mojej głowie mówił mi, że nie mam siły, a poza tym ta śpiączka. Bałam się, że jeśli któregoś dnia otworzę oczy jej już nie będzie. Evan przychodził codziennie. Opowiadał mi co się działo w pracy, że mój telefon cały czas dzwoni, ale nigdy nie napomknął o Kayli. Will nie zjawił się już więcej. Robert przyjechał raz i powiedział, że będzie czekał aż wyzdrowieję, a na ten czas weźmie moją zastępczynię do pracy.
     Dwa miesiące później:
 Evan już mnie poinformował o decyzji lekarza. Wybudzają mnie.
   -Mówiłem, że będzie dobrze. Będziesz mogła znowu zobaczyć wszystko. Oprowadzę cię po Paryżu. Pokażę ci miejsca, które znam tylko ja.- uśmiechnęłam się, ale tym razem Evan również to widział, bo zabrało mu dech. - Clarie słyszysz mnie? Doktorze. Kiedy leki powinny przestać działać?- zwrócił się do lekarza, który musiał niedawno wejść.
    -To potrwa do pół godziny. Może szybciej.- powiedział i wyszedł. Rozchyliłam usta, by coś powiedzieć. Sama nie wiem co, ale to było takie wspaniałe uczucie móc znowu oddychać przez usta.
    -Jestem...- usłyszałam słaby głos Kayli.- Przyjechałam najszybciej jak się dało, ale Camilla nie chciała mnie wypuścić.- jak tylko otworzę oczy to pierwsze co zrobię to spojrzę jak wygląda moja przyjaciółka. Po piętnastu minutach poczułam, że mogę się ruszać, że czuję swoje palce u stóp i mogę unieść powieki. Powoli to zrobiłam. Lekarz chyba wiedział, że mogę źle zareagować na jasne światło, bo zasłonił wszystkie rolety i było kompletnie ciemno. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to Evan pochylający się nade mną z wielkim uśmiechem na twarzy. Jego ciemne oczy przyglądały mi się, a dłoń gładziła mój policzek. Dopiero po dłuższej chwili spojrzałam za niego. Na krześle siedziała Kayla. Oczy miała podkrążone, twarz bladą jak kreda, włosy, które przeważnie były gęste teraz zrzedły, ale najgorsza była jej chuda i koścista sylwetka. Jakby od miesięcy nic nie jadła. Wyglądała, muszę to powiedzieć, okropnie.
     -Mikayla... Boże co ci się stało...- powiedziałam zakrywając usta dłonią, by nie wydać z siebie jęku rozpaczy.
     -Nic...- usłyszałam tylko tyle. Chciałam wstać, ale silne ramiona Evana nie pozwalały mi na to.
     -Evan puść mnie. Nie wstanę.- uspokoiłam go, a ten posłusznie się cofnął i wyszedł zostawiając nas same. Miki ostatkiem sił przybliżyła się do mnie i złapała moją dłoń. Tym razem nawet tego nie wyczułam.- Jak to nic? Widzę przecież. Ty w ogóle coś jesz?-spytałam zdziwiona. Może to nerwy? Ale przecież ja też przechodziłam wiele, a byłam o wiele słabsza psychicznie od Kayli. To ja zawsze beczałam,a  ona mnie pocieszała.
       -Jem.- wyrzuciła z siebie, a ja zmarszczyłam brwi. Ona składała się tylko z kości i skóry nic więcej.
       -Jak tylko wyjdę z tego cholernego szpitala idziemy na wielką porcję lodów, pizze i wszystko co możliwe! To te treningi cię tak niszczą. Może powinnaś zrezygnować? Masz w ogóle siłę jeszcze tańczyć?- zadawałam tysiące pytań, a czarnulka nie odpowiadała.
        -Mam siłę. Z niczego nie zrezygnuję! Nie jem bo nie mogę! Nie chcę!- wrzasnęła. Tak wściekłej jeszcze jej nie widziałam i chyba nie chciałam nigdy więcej widzieć.
      -Wiesz jak to się nazywa? Anoreksja.- kiedy to mówiłam nie myślałam tak na poważnie. Nie dopuszczałam do siebie takich myśli. Dopiero po chwili to do mnie dotarło. Miałam rację. Ona popadała w anoreksję.
      -To nie jest żadna anoreksja! Czuję się świetnie więc zostaw mnie w spokoju! To wszystko przez ciebie...- wysyczała i wyszła trzaskając drzwiami. Wściekła opadłam na poduszkę i zacisnęłam dłonie w pięści.  Zaraz po wyjściu mojej przyjaciółki wrócił Evan. Tak dawno nie płakałam, że chyba zapomniałam jak to się robi. Nie potrafiłam zapłakać tak jak kiedyś.
      -Wszystko gra?- spytał siadając na skraju łóżka. Czułam się jak oferma. Chciałam jak najszybciej wrócić do pracy i zacząć być użyteczna.
      -Pieprzony Will, pieprzona białaczka! Chcę stąd wyjść! Chcę zacząć się ruszać!- zacisnęłam swoje palce na jego przedramieniu i poczułam jak robi mi się gorąco, zaczęła boleć mnie głowa.
     -Spokojnie. Nie denerwuj się. Mam dla ciebie jeszcze jedną złą wiadomość. Za trzy tygodnie masz termin pierwszej chemioterapii. - załamana zamknęłam oczy. To jakaś kompletna porażka. Moje życie to wielkie gówno na środku drogi.
     -Chcę być sama...

   Dwa dni później:

    Wypuścili mnie ze szpitala, ale nadal kazali co tydzień stawiać się na badania, a dodatkowo za trzy tygodnie na chemioterapię.  Evan zawiózł mnie do domu i ostrożnie pomógł wejść chociaż ja nie sądziłam by to było konieczne. Potrafiłam jeszcze wejść po kilku schodkach i otworzyć drzwi. Z ust Evana nie padły jeszcze żadne słowa mówiące, że jesteśmy parą. To zwykła przyjaźń i ja musiałam się z tym pogodzić.
   -Przywiozłem naszą marchewką.- powiedział i puścił mnie. Nareszcie mogłam poruszać się sama. Rozejrzałam się po salonie, ale nigdzie nie mogłam znaleźć Kayli. Poszłam do kuchni też pusto. Musiała gdzieś być, bo przecież nie zostawiła by otwartego mieszkania. Zajrzałam do łazienki i stanęłam oniemiała. Mikayla nachylała się nad toaletą i wymiotowała. Nie mogłam w to uwierzyć. Czyli to bulimia. 
    -Evan!- zawołałam chłopaka widząc jak moja przyjaciółka osuwa się na ziemię. Chłopak zaniósł ją do salonu i położył na kanapie, a ja wściekła zaczęłam chodzić w kółko.Jak ona mogła się doprowadzić do takiego stanu? Evan musiał iść do pracy i opuścił mnie po jakichś piętnastu minutach. Kiedy Kayla obudziła się postanowiłam z nią porozmawiać i to poważnie.
    -Dobra! Koniec tego dobrego! Wróciłam  i doprowadzę cię do porządku, a teraz gadaj! Czemu nic nie jesz,?!
_____________
Od Akwamaryn:  Nie wiem jak wam, ale jak dla mnie nieźle. Znowu trochę się dzieje. Myślałam, że Clarie trochę dłużej będzie w śpiączce, ale wyszło jak wyszło. Mam nadzieję, że się podoba;)

piątek, 10 sierpnia 2012

[6] - Powinieneś teraz iść i błagać ją o przebaczenie, nawet jeśli tego nie słyszy

Mikayla...
  Zostawiłam Evana i Clarie samych, po czym skierowałam się do stołówki. Nie jadłam od dwóch dni, nie licząc jabłka i litrów wody. Potrzebowałam coś zjeść. Brakowało mi sił, samo wstanie z krzesła przy łóżku Clarie sprawiło mi niezły wysiłek. Obraz się zamazywał, żołądek zwijały się z bólu. 
  Nacisnęłam guzik przy windzie, a następnie wsunęłam się do niej, opierając rękoma o ściankę. Kiedyś mogłam nie jeść nawet 3 dni, lecz teraz do głodówek dochodził znaczy wysiłek fizyczny - ponad 5 godzin tańca dziennie. 
  Podskoczyłam na dźwięk czyjegoś głosu. Byłam tak bardzo wycieńczona, że nawet nie zauważyłam drugiej osoby. Powoli odwróciłam głowę w stronę źródła. Widząc Willa natychmiast się wytrzeźwiałam. Wyprostowałam się, podniosłam wysoko głowę, przybierając grymas pogardy i wściekłości. Zaraz jednak musiałam mocno przytrzymać się ściany by nie upaść. Dłonią dotknęłam brzucha i jęknęłam. 
  - Wszystko gra? - spytał Will wyciągając do mnie dłoń. 
  Pokiwałam głową, próbując się wyprostować. 
  - Od kiedy cię to obchodzi? - odparłam ostro, odpychając jego rękę. 
  Wzruszył ramionami, chowając dłonie w kieszenie. 
   Zapadła cisza. Will patrzył w ziemię, wyglądał jakby odbywał wewnętrzną walkę ze sobą. Ja opierałam się plecami o ścianę, próbując nie zemdleć. 
    Po paru sekundach, które wydawały się trwać kilka godzin, drzwi windy otworzyły się. Trzymając się ściany wyszłam z niej i szybko skierowałam się w stronę stołówki. Silne szarpnięcie niemal zwaliło mnie z nóg. Nie upadlam tylko dzięki Willowi.  Trzymał mnie za rękę, tym samym podtrzymując. 
  - Na pewno wszystko ok? - zapytał przyglądając mi się niepewnie. Kiwnęłam głową, nie mając siły próbować się wyrwać. - Mikayla, posłuchaj... Ja... Ja chciałem cię przeprosić.. Za to co się stało Clarie. 
  Prychnęłam. 
  - Nie mnie powinieneś przeprosić. 
  Chłopak wziął głęboki oddech i puścił mnie. 
  - Nie chciałem jej... Uszkodzić. Ale... Dzięki mnie odkryli białaczkę.. 
  Spojrzałam na niego z wściekłością. 
  - Tak się pocieszasz?! Uderzyłeś ją, ale to nic, bo ma białaczkę?! Jesteś dupkiem... Powinieneś teraz iść i błagać ją o przebaczenie, nawet jeśli tego nie słyszy. - odpowiedziałam ze złością, po czy  nie czekając na jego reakcje weszłam do stołówki. 
  Zamówiłam szybko sałatkę, a następnie usiadłam w kącie pomieszczenia. Zagryzłam wargę  patrząc na pomidory, ogórki, rzodkiewki i inne... Przełknęłam ślinę i nabrałam pierwszy porcyjkę na widelec. Wzięłam do ust pierwszy kęs... Nim zorientowałam się co robię nie było już połowy sałatki. Drżącą ręką odepchnęłam od siebie talerzyk i wytarłam nadgarstkiem usta. Położyłam dłoń na brzuchu i niemal wyczułam jak rośnie, jak znów przybieram na wadze. 
  Patrz co zrobiłaś... Patrz ile żarłaś... Nie wstyd ci?! Nigdy nie będziesz wystarczająco dobra jak na tancerkę... Zakryłam twarz dłońmi, słysząc ten głos w swojej głowie. Ale jeszcze możesz to naprawić... Tak...Jak nawet wiem jak. Idź do łazienki. No już, idź. Jak ci pomogę wyjść z tej otyłości. Dzięki mnie znów będziesz piękna. 
  Wzięłam głęboki oddech i wręcz pobiegłam do toalety. 
  Widzisz? Widzisz, o tam? Podejdź tam, do muszli klozetowej. Pochyl się, włóż palce do gardła i zwymiotuj to wszystko. Słyszysz? Zwymiotuj! 
  Pokiwałam głową, wchodząc do jednej z kabin. 
  Grzeczna dziewczyna... Wymiotuj.. Tak w ogóle jestem Anna...Możesz mi mówić Ana - tak ładnie, skrótem. 
 ____________________________
Od Boddie:   Wybaczcie, że takie krótkie, ale tak chciałam skończyć. Przedstawieniem się Anny... Ktoś domyśla się co się dzieje z Mikaylą? ;P :)

wtorek, 7 sierpnia 2012

[5]Uparta, nie posłuszna i arogancka.

Clarie...
    
     Wysiadłam z auta, które wypożyczyłam i pociągnęłam za sobą Kayle. Ja miałam na sobie kusą sukienkę w niebieskie kwiaty i beżowe szpilki, a ona różową kieckę do połowy ud bez ramiączek i te same szpilki co ja. Kupiłyśmy je na wyprzedaży w tym samym sklepie pierwszego dnia.
   -Boże uśmiechnij się! Przeważnie to ja chodzę smutna i przygnębiona. Co się z tobą dzieje? -spytałam zatroskana. Ostatnio Mikayla dziwnie się zachowywała. Nic nie jadła, mało mówiła, już się nie śmiała tak często
    -Jestem zmęczona tymi ciągłymi treningami to wszystko.- powiedziała po czym blado się uśmiechnęła.
    -Dobra jak chcesz, ale pamiętaj że masz mi mówić wszystko.- powiedziałam i potarłam jej plecy. Weszłyśmy wolnym krokiem do środka skąd już z dużej odległości słychać było muzykę. Nagle podbiegł do nas Evan z ponczem w dłoniach.
     -Witam moje panie!- krzyknął nam nad głowami i przebiegł nas wzrokiem.- Ale się wystroiłyście, a ja w jakichś starych dżinsach.- posłałam mu ciepły uśmiech i rozejrzałam się w koło.
     -Nikogo nie znam...- powiedziałam zawiedziona. Choć może to i lepiej? Większość ludzi których znałam , pracowałam z nimi. Chciałam dziś odpocząć toteż wyłączyłam telefon.
     -Nie martw się. Zaraz poznasz.- upiłam łyk ponczu i poczułam dużo alkoholu. Odkaszlnęłam zaskoczona i spojrzałam an Kayle, która piła bez skrupułów. Ja nie miałam głowy do alkoholu. Kilka drinków i zrobiłabym wszystko co by mi kazali.
     -Mocne co? Sam przyrządzałem.- powiedział i nagle rozległ się huk po drugiej stronie sali.- Muszę sprawdzić...- nim zdążył dokończyć popchnęłam go w kierunku skąd dobiegało łamanie... czegoś i spojrzałam na Kayle.
      -Zostaw to paskudztwo i chodź.- pociągnęłam ją w stronę parkietu.- Masz siły...- usłyszałam czyjś krzyk i tym razem go nie zignorowałam. Razem z Mikaylą ruszyłyśmy w kierunku gdzie już stała grupka ludzi. Przebiłam się przez tłum, a moim oczom ukazało się dwóch facetów  wyzywających się i popychających. Podeszłam bliżej i dostrzegłam, ze jeden z nich  to Evan, a drugi... O dziwo! To był Will! Przecież on nie gustował w takich imprezach. Gdy padł pierwszy cios z strony Willa znieruchomiałam. Nie wiedziałam jak zareagować. Z wargi Evana sączyła się krew, a oczy płonęły czystą nienawiścią.
    -Ej spokój!- wrzasnęłam w końcu i spróbowałam odepchnąć Willa, ten jednak ani drgnął.
    -Spieprzaj!- wrzasnął, a ja poczułam się dziwnie. Dziwnie, bo po raz pierwszy nie miałam nad nim władzy. W towarzystwie Roberta musiał być mi posłuszny, ale tu... Mógł zrobić wszystko.- To nie twoja sprawa głupia dziwko! -krzyczał na mnie. Stałam nie ugięta. Nie takie słowa słyszałam już z ust ludzi w tym mieście.
    - Nie nazywaj jej tak i wynoś się!- krzyknął Evan.- Nigdy ci tego nie wybaczę skurwielu... Pamiętaj o tym! Jesteś nic nie wart! Myśli, że jak zatańczysz coś na parkiecie to jesteś wielki?! Jesteś niczym! Wielkim zerem!- pierwszy raz widziałam Evana takiego wściekłego. Jakby nagle coś w nim drgnęło i wybuchło. Will zamachnął się, by uderzyć bruneta za moimi plecami. Nagle poczułam okropny ból, którego nie dało się opisać. Nie wiedziałam nawet skąd pochodzi i gdzie się kończy. jakby opanował mnie całą. Od stóp do głów. 
     -Ja... Clarie!- usłyszałam krzyk Willa i otworzyłam szeroko oczy. Mimo tego bardzo mało widziałam. Prawie nic. Jakieś zamazane sylwetki. Różowa plama wykłócała się o coś z Wille. To była Mikayla. Po jej tonie głosu wnioskowałam, ze zaraz się popłacze. Chciałam powiedzieć, ze wszystko gra, że nic mi nie jest, ale nie miałam siły. Przewróciła bym się, ale Evan mnie złapał.
   -Boże ona krwawi!- tylko tyle udało mi się wyrwać z szumu jaki w koło panował. Oczy nadal miałam szeroko otwarte, a może tak mi się tylko zdawało? Na chwile obraz się wyostrzył i rozpoznałam Evana. Jego czekoladowe oczy przyglądały mi się z strachem, a usta układały się jakby coś mówiły, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.

Kilka godzin później:
Poczułam czyjeś opuszki palców na swoim policzku, a po chwili mocny uścisk na mojej dłoni. Usłyszałam cichy szloch i od razu wiedziałam, że to Kayla. Tylko ona potrafiła tak płakać.
  Kayla nie płacz. Przecież wszystko jest w porządku- powiedziałam, albo raczej wydawało mi się, że powiedziałam.  Nagle ktoś wszedł do pomieszczenia cicho zamykając drzwi. Nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi na to co słyszałam, ale teraz gdy nie miałam wzroku wszystko się zmieniło. Po chwili rozległy się ciężkie kroki należące do jakiegoś mężczyzny. Gdy dopiero odezwał się rozpoznałam czyj to głos.
  -Białaczka...- powiedział Evan.  Nic z tego nie rozumiałam. Miakyla jeszcze bardziej się rozkleiła, a ja widziałam tę scenę oczyma wyobraźni. Evan stał po prawej stronie łóżka, bo od tej strony dobiegał jego głos. Mikayla siedziała po mojej lewej i ściskając moją dłoń głośno płakała.
   -Ale przecież... Jak to możliwe?... On ją uderzył! Przecież tak nie da się wywołać białaczki!- wydukała pomiędzy szlochami.
    -Lekarze mówią, że gdyby zgłosiła się na badania wykryto by to wcześniej.- odezwał się Evan, a zaraz dodał.- Kayla... Mogłabyś zostawić nas samych?- NAS. Jak to pięknie brzmiało. Czyli jeszcze nie uważa, że umarłam. Tylko czemu nie mogę otworzyć oczu, czemu nie mogę zapłakać chodź bardzo chcę. Uścisk na mojej lewej dłoni zelżał, a po chwili całkowicie znikł. Miki wyszła z sali zamykając drzwi tak samo jak wcześniej Evan. Cicho i bezszelestnie, jakby bała się, że mnie zbudzi.
    Evan proszę cię... Ja tu jestem do cholery! Żyję!- wrzasnęłam na niego i poczułam jak jego palce dotykają pierw mojego policzka, potem ust, ramion, dekoltu, a na końcu jego usta zetknęły się z moim czołem. Cieszyłam się, że nie jestem sama, że mimo iż znam go tak krótko jest przy mnie i razem z Kaylą wspiera mnie.
    -Wszystko będzie dobrze... Zobaczysz, wyzdrowiejesz. Dasz radę. Jesteś silna i dzielna. Masz nas.- zaczęłam krzyczeć na siebie w swoim wnętrzu gdy Evan wymówił te słowa. Chciałam go przytulić, powiedzieć, ze wszystko okey, ale nie mogłam. Byłam na siebie wściekła i dlatego wrzeszczałam. Nagle ktoś wszedł do pomieszczenia. Tym razem zamykanie drzwi było głośniejsze, a kroki jeszcze cięższe.
     -Jak mogłeś jej to zrobić...- powiedział Evan drżącym głosem.- Chcesz mi jeszcze ją odebrać?!- wrzasnął na niego.
     -Zrozum nie chciałem... Nic nie poradzę, że się wpieprzyła nie w swoje sprawy, ale ona zawsze taka była. Uparta, nie posłuszna i arogancka. Dzięki mnie w ogóle wiecie, że coś jej jest.- Will. Tak to był on.
     -Zamknij się...-wysyczał Evan. Widać było, że nie chce głośno mówić, albo raczej było to słychać.- Nie pozwolę ci odebrać mi jeszcze jej. Trzymaj się od niej z daleka. Monic to tylko i wyłącznie twoja wina. Ty ją zabiłeś, a teraz o mały włos nie zabiłeś Clarie. Nie pozwolę ci na to. Choć bym miał wyzionąć ducha... Choć ębym miał zabić cię gołymi rękoma.... Nie pozwolę byś ją skrzywdził i byś skrzywdził Kayle.- uśmiechnęłam się do siebie na te słowa. Ale jak to Kayle? Przecież... No tak. Will za nią nie przepadał.
      -Ta nowa w ogóle mnie nie interesuje. Zwykła szmata, która zawdzięcza wszystko swojej przyjaciółce.- wzięłam głęboki wdech. Tak, ja wzięłam wdech na tyle głęboki, by oni zauważyli, że tu w ogóle jestem.
      -Clarie...- Evan złapał mnie za rękę i pocałował ją.- Daj jakiś znak, że nas słyszysz...
      -Jesteś żałosny. Przecież ona jest w śpiączce. Wtedy nic się nie słyszy idioto. Spadam.- powiedział Will po czym zamknął drzwi z hukiem. Dopiero teraz dotarło do mnie co powiedział Evan. A powiedział, że Will zabił człowieka. Zabił Monic. Kto by pomyślał, że to się tak potoczy? Że usłyszę tyle ciekawych rzeczy w śpiączce.
______
Od Akwamaryn: Miał być długi i jest. Dużo się dzieje, a tym rozdziałem zapewniłam sobie już pomysł na kolejne kilka. Teraz przez jakiś czas Clarie będzie w śpiączce i będzie wyłącznie słyszała. Nie wiem ile to potrwa. Muszę to ustalić z Boddie.

piątek, 3 sierpnia 2012

[4] - Lepiej uważaj z kim zadzierasz, bo jeszcze będziesz błagać by cię zwolnili...

Mikayla...
  Pożegnałam się z Clarie, po czym skierowałam do swojej łazienki. Napełniłam wannę wodą i wlałam do niej " odprężający" płyn do kąpieli, tak, że po chwili cała łazienka była w pianie. Następnie ściągnęłam z
siebie sukienkę i stanęłam przed lustrem. Odgarnęłam włosy na plecy i przyjrzałam się sobie. Dotknęłam dłonią brzucha i zatoczyłam na nim okręg. Kiedyś był płaski, a teraz... Może rzeczywiście byłam za gruba jak na tancerkę? Przypomniałam sobie krótki wierszyk, którego uczyłam się w trzeciej klasie i który uwielbiałam: 
  " Tancerka powinna być zwinna niczym kot,
     posiadać grację łabędzia,
     skoczność wiewiórki, 
     a przy delikatność motyla
     i lekkość płatka kwiatu,
     powinna umieć rozmawiać z publiką,
     bez słów, gestami jedynie,
     umieć doprowadzić do śmiechu, łez, strachu,
     najpiękniejsze bajki mowa ciała opowiadać" 
    Wzięłam głęboki oddech i szepnęłam do siebie:
   - Czas zacząć odchudzanie, Mikaylo... 
 
Kilka godzin później...

  Weszłam do sali piętnaście minut przed  rozpoczęciem treningu. Była już niemal połowa tancerzy - rozciągali się, śmiali i żartowali. Rzuciłam torbę na ławkę i rozglądnęłam się dookoła. Zupełnie nie miałam pojęcia co robić. Z opresji wyrwał mnie czyiś głoś. 
  - Hej, nowa! Mika... Miśka! - Odwróciłam się gwałtownie, szukając źródła głosu. Okazała się nim szatynka z wielkimi zielonymi oczami i szerokim uśmiechem. Machała do mnie, jednocześnie pokazując bym podeszła. Siedziała razem z 4 innych dziewcząt. Niepewnie podeszłam i przysiadłam się do nich.
   - Jestem Angela. To Vicky, Jade, Destiny i Betty. - przedstawiła się. Uśmiechnęłam się lekko na znak przywitania. Żadna jednak nie zareagowała. 
   - Jak to zrobiłaś? - spytała Angela. 
     Spojrzałam na nią zdezorientowana.
   - Co? 
   - Dostałaś się do grupy... Wiesz z Willem, Connie, Mattem i Doris. Byłaś tylko na jednym treningu... 
   Uśmiechnęłam się zakłopotana. Byłam bardzo wdzięczna Clarie, że kazała mnie wpuścić do grupy, jednakże czułam zakłopotanie tym, że inni ciężko na to pracowali, a mi wystarczała przyjaźń z Clarie.
   - No cóż... Ja... 
   Angela podniosła jedną brew.
   - Myślisz, że jak przyjaźnisz się z Clarie, to wszystko ci wolno? Możesz zgrywać nie wiadomo kogo? Posłuchaj, wszyscy ciężko pracujemy tu od niemal dwóch lat na to miejsce, a ty se wchodzisz i masz już załatwione... I sądzisz, że jesteś jakimś ogromnym talentem, mamy cie traktować jakoś specjalnie, bo zechciało ci się przyjść na trening... Ciesz się, ze jeszcze cię nie wywalili.. Nie dość, że jesteś beztalenciem, w dodatku tłustym, to jeszcze zamierzasz gwiazdorzyć?! Lepiej uważaj z kim zadzierasz, bo jeszcze będziesz błagać by cię zwolnili... 
   Siedziałam z otwartymi ustami, wpatrując się w Angelę. Po chwili jednak zacisnęłam zęby, wzięłam głęboki oddech i zaczęłam: 
  - Słuchaj, jeśli myślisz, że... - Angela prychnęła i podniosła się z ziemi, a za nią pozostała 4. 
  - Nie pouczaj mnie. Nie będę się stosować do takich zasady jakich ty chcesz... Jesteś żałosna... - przerwała mi, po czym wszystkie ominęły mnie i przeniosły się do grupki chłopaków. Zdążyłam jeszcze zauważyć pogardliwych uśmiech Willa, nim głos Camilli rozkazał ustawić się w szeregu. 
    Nie mogłam przestać myśleć o słowach Angeli. A więc wszyscy uważali mnie tu za rozpuszczonego bachora, zawdzięczającemu wszystko tylko Clarie? Każdy mnie nienawidził, dlatego, że dostałam miejsce w grupie "honorowych". W sumie nie dziwiłam się im... Wlazłam do grupy, jeden trening, jedno słowo Clarie i jestem w wybranych... Sama sobą gardziłam. 
   - Koniec treningu! - wykrzyknęła Camilla, wyłączając muzykę parę godzin później. - Zostaje tylko czwórka... A przepraszam, PIĄTKA, wybranych... 
   Próbowałam nie pokazać żadnej reakcji, gdy wszyscy rzucili mi nienawistne spojrzenia.  
  Will, Connie, Doris i Matt ustawili się na środku sali, ja stanęłam bardziej z tyłu. Camilla zaczęła uczyć nas układu, ignorując mnie całkowicie. Nie poprawiała, nie patrzyła w moją stronę - rozmawiała tylko z tą czwórką.
   Trening zakończył się wpół do 21. Connie i Doris wyszły razem, Matt z Camillą. Zostałam tylko ja i Will. Zerknęłam w jego kierunku, po czym zebrawszy się na odwagę, podeszłam. 
   - Will, ja... Chciałam się przeprosić... - zaczęłam, a nie widząc reakcji z jego strony, ciągnęłam: - Clarie wybrała mnie bez mojej wiedzy..  Nawet nie wiedziałam, że jest coś takiego... Przepraszam, jak chcesz mogę to odwołać, nie chciałam wywołać zamieszania... 
   Szatyn wyprostował się i spojrzał na mnie ze złością. 
  - Oczywiście, że nie wiedziałaś.  I na pewno nie chciałaś się tam dostać. Na pewno nie namówiłaś Clarie. - odpowiedział z sarkazmem. - Wiesz dla nas to jest awans, wielka szansa. Ty sobie weszłaś i już masz. Bo znasz Clarie. I teraz jeszcze próbujesz się podlizać... Wiesz, nie poniżaj się. Nienawidzę takich osób jak ty. Myślisz, że jesteś Bóg wie kim, najlepsza, najpiękniejsza, a tak naprawdę gówno potrafisz.. I jeszcze robisz z siebie głupią.. Od małego dostawałaś to co chciałaś? Widzisz, niektórzy tak nie mają. I jeszcze dziwisz się, że nienawidzą cię. Za kogo ty się masz? ... Zejdź mi z oczu, bo nie bije kobiet. 
   Spuściłam wzrok, biorąc głęboki wdech. Gdy tylko  usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, usiadłam na podłodze, podwijając kolana pod brodę.
  _____________________________
  Od Boddie: Miałam do niego dwa podejścia... Początek mi się nie podoba, potem bardziej... Mam nadzieję, że jest trochę mniej nudno jak w poprzednim, który pisałam.. Choć jak dla mnie akcja i tak jest powolna, ale..xD Postaram się to zmienić :3

środa, 1 sierpnia 2012

[3]- Niektórzy walczą o to od trzech lat, a ona przychodzi na jeden trening i już?!

Clarie...
       Co chwilę zerkałam na zegarek oczekując na Roberta. Nie zjawiał się, a ja myślałam że to ja opóźnię transmisję. Prowadząca patrzyła na mnie zdenerwowana siedząc w fotelu. Kiedy Robert wpadł do sali przebiegłam go wściekłym spojrzeniem. Wyglądał jakby dopiero co wstał.   
    -Gdzie ty byłeś do cholery?! Spóźniasz się! Dosłownie za pół minuty zaczynamy program!-wrzasnęłam na niego bez skrupułów, a ona tylko cicho prychnął.
    -Nie gorączkuj się słonko. Ja mogę robić co chcę. Wczoraj zabalowałem i miałem prawo się wyspać.- powiedział i wyminął mnie. 

   Dwie godziny później:

  Siedziałam w limuzynie w towarzystwie Roberta, ale nie warzyłam się na niego nawet spojrzeć. Był ohydny, okropny i nic nie wart. Nie można było na nim w ogóle polegać.
    -Dobra. Muszę poznać tę... Jak ona miała na imię?-powiedział łapiąc za mój podbródek.  Wyrwałam się mu i zacisnęłam dłonie w pieści, by go nie uderzyć.
    -Nie dotykaj mnie...- wysyczałam po czym dodałam.- Mikayla.Pamiętaj, że to moja przyjaciółka.- powiedziałam po czym wysiadłam.  Dla Roberta nie miałam skrupułów. Już od jakiegoś czasu ślinił się na mój widok, ale o dziwo zachowywał się chamsko. Przeszliśmy przez ogromne drzwi. Posłałam uśmiech recepcjonistce imieniem Kate, a ta go odwzajemniła. Próba jeszcze trwała. Camilla jak zwykle męczyła naszych tancerzy morderczym treningiem. Weszliśmy do wielkiej sali z lustrami i nagle wszyscy zamarli. Wyszukałam w tłumie Kayle i posłałam jej pocieszający uśmiech. Wyglądała na wymęczoną i padniętą. Nic dziwnego pierwsze dni zawsze są trudne.
    -Witam moich kochanych tancerzy!- wrzasnął Robert przechadzając się po sali między rzędami młodych ludzi. Przystanął przed Mikaylą i pięknie się do niej uśmiechnął. Ścisnęło mnie w żołądku, ale powstrzymałam się żeby nie wybuchnąć.
     -Camilla wybrałaś już skład?-spytałam, podchodząc do blondynki. Ta przytaknęła i rozejrzała się po sali.
     -Will, Doris, Connie i Matt.- powiedziała  nakazując im wzrokiem wystąpić. Całą czwórka ubrana była w czarne dresy. Byli jednak w lepszym stanie od Mikayli. Widać było, że przywykli do jej ćwiczeń.
     -Dobra. Chcę się z wami spotkać...- przerwał mi dzwonek mojego telefonu. Wyjęłam go i odczytałam imię Evan. Wymieniliśmy się numerami po tym zajściu na środku placu. Westchnęłam i wcisnęłam czerwoną słuchawkę po czym wróciłam do mojej rozmowy z wybranymi.- ... po treningu. Camilla chyba na dziś skończyłaś? I tak trzymałaś ich za długo.- powiedziałam uśmiechając się do niej. Nie byłyśmy w przyjaznych stosunkach, ale udawałyśmy przed ludźmi. Nie widząc reakcji z jej strony nakazałam spojrzeniem zakończyć trening.
    -Widzimy się jutro o ósmej. Tym razem wszyscy mają być punktualnie.-powiedziała patrząc na Kayle, która po rozmowie z Robertem kierowała się w stronę wyjścia. Zatrzymałam ją jednym ruchem.
    -Ty zostań.- dodałam i wskazałam żeby dołączyła do grupy. Zaskoczona dziewczyna zrobiła co kazałam. Gdy na sali zostali tylko tych których wymieniła Camilla, ona sama, ja i Robert. Przystąpiłam do przemowy.
    -A więc tak. Za równy tydzień mamy występ charytatywny. Zjedzie się wielu ludzi, którzy mogą otworzyć wam drzwi do kariery. Wasza piątka została wybrana z całej grupy by zatańczyć...
    -Jak to piątka? O ile wiem Camilla przeczytała czwórkę.- wtrącił Will. Posłałam mu delikatny uśmiech i wskazałam palcem na Kaylę by podeszła. Moja przyjaciółka zrobiła to posłusznie i stanęła u mego boku.
   - Nie wiem od kiedy jesteście na ty, bo w końcu wasza choreografka nie pozwala na to, ale mniejsza o to. Ja zdecydowałam, że Mikayla również zatańczy.- zdenerwowany Will zacisnął dłonie w pięści i podszedł bliżej mnie tak, że prawie dotykałam nosem jego klatki piersiowej.
   - Niektórzy walczą o to od trzech lat, a ona przychodzi na jeden trening i już?! Powaliło się całkiem?! Weź kogoś innego! Nie ją!- uniosłam jedną brew zaskoczona i cicho się zaśmiałam.
    -Nie zapominasz się przypadkiem Williamie? Pamiętaj, że i ja i Robert mamy takie prawo by cię wyrzucić, choćby za ten brak szacunku.- powiedziałam krzyżując dłonie na piersi.
    -Pieprzyć prawo! Ona...-zaczął wskazując głową na ciemnowłosą.- Nie zatańczy.
    -O tym decyduję ja i Camilla.- powiedziałam i pchnęłam go lekko.- A wiec wracając do rzeczy. Macie tydzień by zapoznać się z układem, wyćwiczyć go do perfekcji dlatego narzucam wam dodatkowe zajęcia codziennie od osiemnastej do dwudziestej pierwszej. Myślę, ze to już wszystko. Robert?-spojrzałam na niego znacząco, a ten przytaknął.
     -Liczę na was i mam nadzieję, ze pokarzecie się z jak najlepszej strony. Pamiętajcie, że nawet jeśli się pomylicie, nic się nie stało.- no tak w końcu to ja byłam tu tym czarnym charakterem.
***
          - No zjedz.- powiedziałam podając jej talerzyk z ciastem. Nie miałam pojęcia czemu nie chce zjeść. Przeważnie obie objadałyśmy się słodkościami, a Kayla mimo, że patrzyła na kalorie nie odmawiała sobie.
     -Nie. Nie mam ochoty zrozum.- odparła siadając na kanapie i podkulając kolana.
     -Było aż tak źle?-spytałam gdy rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Nie miałam pojęcia kto to może być.- Chwila.- powiedziałam podchodząc do drzwi i otwierając. Za nimi stał Evan. Uśmiechał się do mnie.  Znowu zatopiłam się w tych jego oczach.
     -Co tu robisz?- spytałam zaskoczona patrząc na zegarek na ręce. Piętnasta. Nie powinien sprzedawać hot-dogów?
     -Wpadłem do ciebie. Nie odbierasz...- westchnęłam cicho. Całkiem zapomniałam o tym jego telefonie.
     -Zapomniałam...-wyszeptałam sama do siebie i w puściłam go do środka.- Przepraszam. Byłam w pracy i właściwie zaraz znów idę.
      -No dobra. Może spotkamy się jutro?- cieszyło mnie, że był taki uparty, ale z drugiej strony trochę denerwowało.- Mój kumple organizuje imprezę. Mikayla może też przyjdzie?
      -Kayla słyszysz?! Jesteś chętna?-skrzyknęłam z salonu, ale nie zyskałam odpowiedzi. Wyjrzałam do salonu i spotkałam zaskoczone spojrzenie szatynki.- Chcesz iść na imprezę?

______
Od Akwamaryn: Co tu mogę dodać... Nie ma właściwie co. Nie podoba mi się. Nie wyszedł mi... Wiem, że zanudzam i w ogóle końcowa akcja beznadziejna, ale cóż...